Słupki Korwin-Mikkego

Dobry wieczór.

Od skandalizujących wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego poparcie dla niego i jego partii rośnie, a nie spada. Tyle tytułem wstępu.


Dalej jest ciekawiej. Wzrosty słupków pokazujących poparcie dla „trefnisia w muszce” osiągnęły ostatnio taką powtarzalność i taki poziom, że nie da się już dłużej stosować wypróbowanej od dekad metody polegającej na solidarnym udawaniu przez media głównego nutru, że Janusza Korwin-Mikkego po prostu nie ma. Mainstreamowe media dostają więc pomału lekkiej sraczki. Do tej pory wyedukowały człowieka-postępowca, będącego ich typowym czytelnikiem, że Korwin-Mikke to ten, co o niepełnosprawnych mówi źle, a o Hitlerze niekoniecznie. Teraz nagle muszą zmierzyć się z faktem, że urosło mu od tego poparcie, i w dodatku jakoś wytłumaczyć ten fakt swojemu człowiekowi-postępowcowi, dla którego zestawienie jednego z drugim jest po prostu nieprzyjmowalne do wiadomości.

Pal zresztą licho człowieka-postępowca, bo stopień jego niezrozumienia wobec słowa pisanego i poziom nielogiczności myślenia przybiera niekiedy hurtowo absolutnie kuriozalne rozmiary: nawet wśród życzliwie nastawionych do idei konserwatywno-liberalnych ludzi sporo jest takich, którzy z uporem maniaka po każdej skandalizującej wypowiedzi lidera Kongresu Nowej Prawicy proszą, żeby to już był ostatni raz, żeby nie tracić tych resztek poparcia.

Skąd o tym wszystkim wiem? Z facebooka, na którym subskrybuję wolnościowe grupy, a co jakiś czas ktoś tam wrzuci wyimek z wzmiankowanych mediów. Wystarczająco długi, żebym zorientował się, że podejmuje się heroiczne wysiłki na rzecz wyjaśnienia przyczyn tego „fenomenu”, a zarazem wystarczająco krótki, żeby bez klikania nie wiedzieć, jakie to przyczyny podają w tych mediach. I niespecjalnie mnie to interesuje: wiadomo przecież, że taka „Gazeta Wyborcza” nie jest od tego, żeby rzetelnie przedstawić zjawisko, tylko od tego, żeby zniechęcić ludzi do Korwin-Mikkego udając, że opisuje zjawisko rzetelnie. No, ale aby to się udało, jakieś pozory wiarygodności trzeba zachować. Dlatego być może część wniosków, którymi dzisiaj się z Państwem podzielę, powielę z tamtych mediów, i jeśli tak się stanie, najuprzejmiej proszę o nieposądzanie mnie o czytanie takich gazet.

Rozumowanie laika

Choć wielonakładowych gazet nie czytuję, sporo rozmawiam z ludźmi, zarówno pozytywnie, jak i negatywnie nastawionymi do Korwin-Mikkego i jego postulatów. Rzucił mi się w oczy jeden błąd, jaki nagminnie popełniają, oceniając wpływ skandalizującej wypowiedzi na poparcie. Spodziewają się oni bowiem spadku z poziomu, z którego spadek jest niemożliwy.

Weźmy na początek rozumowanie człowieka-postępowca. Myśli on mniej więcej tak: nie zgadzam się kategorycznie z Korwinem (on się nie zgadza z „Korwinem”, nie z „Mikkem”, co wydaje się błędem, ale niezbyt istotnym), a sądząc po jego dotychczasowych wynikach jestem w większości. Zatem skoro ludzie nie zgadzają się z nim ze względu na to, co on mówi, to po kolejnej jego wypowiedzi w tym samym tonie, powinni jeszcze mniej się z nim zgadzać. Wobec tego poparcie dla niego powinno spaść.

To wszystko jest poprawne aż do „wobec tego”. Później zaczynają się jednak schody, ponieważ niezależnie od tego, czy ktoś nie zgadza się z Mikkem kategorycznie, czy dwa plus kategorycznie, i tak nigdy nie dopuszczał możliwości oddania na niego głosu. Skoro tak, to taki ktoś i jemu podobni nie mogą wpłynąć negatywnie na poparcie dla Janusza Korwin-Mikkego. W tej grupie było zero i jest zero bo mniej nie będzie.

Rozumowanie prawicowca jest zaś tutaj niewiele lepsze. On próbuje się wczuć w człowieka-postępowca, którego ta czy inna wypowiedź razi, i powtarza powyższe rozumowanie. Jest usprawiedliwiony o tyle, że próbuje przyjąć obcy sobie punkt widzenia, więc ma większą tolerancję na błąd, ale nadal dopatruje się spadku poparcia, patrząc jedynie przez pryzmat tej grupy, która i tak już generuje zerowe (przynajmniej w przełożeniu na głosy) poparcie dla Nowej Prawicy.

Rozumowanie poprawne

Poprawnie rozumując należy zauważyć, że ludzie dzielą się na dwie grupy, w zależności od tego, czy Janusz Korwin-Mikke otrzymałby ich głos, gdyby wybory odbyły się dzisiaj, czy też by go nie otrzymał. Oznaczmy te grupy umownie jako G i N odpowiednio. „Janusz Korwin-Mikke” jest tu uproszczeniem: nie chodzi o to, czy ci ludzie będą głosować akurat na Śląsku, gdzie kandyduje lider osobiście, tylko czy poprą swoim głosem jego ugrupowanie, co oznacza w pewnym sensie poparcie dla niego samego i głoszonych przezeń haseł.


Efektem każdego wydarzenia na scenie politycznej, w tym skandalizującej wypowiedzi, jest to, że część ludzi pozostaje w swoich grupach, a część migruje. Jeśli interesujemy się tym, czy poparcie dla JKM rośnie, czy spada, to tak naprawdę interesuje nas tylko to, która liczba jest większa: ludzi migrujących z G do N czy ludzi migrujących z N do G? Błąd w rozumowaniu laika polega na tym, że uwzględnia tylko punkt widzenia ludzi konsekwentnie pozostających w N. Tymczasem ludzie konsekwentnie pozostający w N i konsekwentnie pozostający w G w ogóle nas nie interesują.

To, co nas interesuje, to profile migrantów. Trzeba wyobrazić sobie ludzi zmieniających grupy, wczuć się w nich, i dopiero wtedy można szacować, których będzie więcej.

Profil migrującego z G do N

Miałem okazję rozmawiać z dwiema osobami pasującymi do tego profilu bezpośrednio po wypowiedzi Korwin-Mikkego dotyczącej igrzysk paraolimpijskich w 2012 roku. Dotychczas popierali lidera Nowej Prawicy, bo mieli serdecznie dość ucisku podatkowego, wpieprzania się przez państwo w coraz więcej dziedzin ich własnego życia (ze szczególnym uwzględnieniem tych najistotniejszych, jak zdrowie czy edukacja potomstwa) lub jednego i drugiego, natomiast po tej wypowiedzi wycofali swoje poparcie, ponieważ poczuli się dotknięci tą wypowiedzią osobiście i emocjonalnie.

Taka grupa nie może być liczna z prostej przyczyny: w G są zasadniczo ludzie odporni na emocjonalny przekaz zawarty w wypowiedzi polityka. Ci, co są nieodporni, dawno już uciekli z G lub nigdy w niej nie byli. Przypominam zresztą, że partią, z ramienia której Korwin-Mikke zasiadał był w sejmie, była Unia Polityki Realnej. W odróżnieniu od dzisiejszych parlamentarnych tworów tamta partia nie miała problemu z odzwierciedleniem w programie swojej własnej nazwy, a „polityka realna” oznacza właśnie politykę opartą na cynicznej, chłodnej kalkulacji. Siłą rzeczy musiał on skupić wokół siebie taki, a nie inny elektorat.

Profil migrującego z N do G

Na początek warto zauważyć, że Korwin-Mikke ma duże poparcie wśród ludzi bardzo młodych, w tym takich, którzy popierają go od lat, ale dopiero teraz zaczynają mieć prawo głosować. Technicznie rzecz biorąc należy ich liczyć jako migrujących z N do G. Tutaj oczywiście nie ma związku przyczynowo-skutkowego między wzrostem poparcia, a konkretną wypowiedzią, ale jedno z drugim może zgrać się w czasie i spowodować przyrost poparcia dla JKM w dowolnym momencie (a w przypadku Korwin-Mikkego „dowolny moment” jest niemal zawsze momentem, w którym od jego poprzedniej skandalizującej wypowiedzi upłynęło niezbyt wiele wody w Wiśle).


Chyba najtrudniejszym do przyjęcia do wiadomości przez człowieka-postępowca zjawiskiem jest ktoś, kto do tej pory nie popierał Mikkego, a pod wpływem np. jego wypowiedzi o prawie głosu dla kobiet zaczął go popierać. Osobiście nie widzę w tym zjawisku nic dziwnego.

Tak naprawdę wcale nie musi to oznaczać poparcia ani dla konkretnej wypowiedzi, ani nawet dla fragmentu programu politycznego, który się za nią kryje (to bardzo ważne rozróżnienie, ponieważ wypowiedzi Korwin-Mikkego często prezentowane są w formie wyrwanej z kontekstu, z jakimś magicznym wielokropkiem w nawiasach zastępującym fragment wypowiedzi tak, żeby zmienić jej sens, albo wręcz cytuje się jakiegoś człowieka-socjalistę „cytującego” przekręcone słowa JKM tak, żeby widz/czytelnik miał wrażenie, że to są faktyczne słowa JKM). Sporo ludzi kierujących swoje poparcie na Mikkego to po prostu elektorat protestu, o czym napomknąłem zresztą tydzień temu. Oni nie idą za kimś, kto chce pozbawić kobiety ich praw. Oni idą za kimś, kto się różni od tych, którzy okupują stołki od Okrągłego Stołu.

No dobrze, powie ktoś, ale to rodzi dwa pytania:

Dlaczego akurat Korwin-Mikke?

Pozornie zasadne pytanie: ekscentryków głoszących rzeczy sprzeczne z tym, co mówi znaczna większość parlamentarzystów, jest na scenie politycznej trochę. Niektórzy nawet są ekscentryczni w kierunku, wydawałoby się, bardziej akceptowalnym.

Każdy medal ma jednak dwa końce, jak mawiali starożytni Rosjanie. „Bardziej akceptowalny” często idzie w parze z „mniej się różniący od tego, co jest”.

Przyczyna wyboru akurat Korwin-Mikkego przez elektorat protestu jest jednak znacznie bardziej prozaiczna: po prostu ten facet idzie pod prąd temu, co mówią w Sejmie, jednocześnie głosząc dokładnie to samo, co głosi od kilku dekad. Dociekliwi mogą poszukać, co mówił i pisał w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, itd. Skoro wtedy to mówił i teraz to mówi, i mówił to podczas swojego epizodu w ławach sejmowych, to może można mu zaufać, że po ponownym dostaniu się do władzy też nie zmieni zdania, czego nie da się powiedzieć np. o Januszu Palikocie, który w 2011 roku zagospodarował lwią część elektoratu protestu.

W dodatku to, co mówią jego przeciwnicy, jakoś nie chce się sprawdzać w praktyce. Mówią: damy wam zasiłki i będzie wam się żyło lepiej, po czym dają zasiłki i żyje się gorzej. A Korwin-Mikke zapowiadał jeszcze w 2008 roku nadciągający kryzys, dużo dotkliwszy niż czysto finansowy kryzys, który w owym czasie przestraszył ludzi, i nagle okazało się, że miał rację, choć ludzie nie pojmowali związków przyczynowo-skutkowych, jakich używał w rozumowaniu. Niektórzy uparcie zrzucą to na przypadek, ale będą i tacy, którzy zobaczą w nim odpowiednik Roberta Fischera, który grał ruchy, jakich nie zagrałby nikt inny na świecie nie dlatego, że były one złe, tylko dlatego, że był jedyną osobą na świecie, której percepcja była wystarczająco odległa, żeby te ruchy docenić. Wśród wszystkich ekscentryków Janusz Korwin-Mikke zrobił najwięcej, żeby zasłużyć sobie na kredyt zaufania wśród tych, którzy zrozumieć go po prostu nie potrafią.

Wbrew pozorom Korwin-Mikke ze wszystkimi swoimi szokującymi wypowiedziami jest bardziej przewidywalny nie tylko od Palikota, który zamiast wypowiedziami usiłował szokować za pomocą dildo na konferencji prasowej, ale nawet od większości „zrównoważonych” polityków dzisiejszego Sejmu. W 2007 (bodajże) roku Donald Tusk przysięgał, że każdy, kto w jego rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie z tego rządu wyrzucony. Czy ktoś wtedy przewidziałby, co kolejne rządy Tuska będą robiły z podatkami w kolejnych latach? Gdyby natomiast dzisiaj Janusz Korwin-Mikke miał uformować rząd, to bez problemu dałoby się stworzyć zamknięty katalog działań, spoza którego nic by nie zrobił (pomijając sytuacje ekstremalne, jak wypowiedzenie wojny III RP). Byłby to katalog obszerny, zgoda, ale spójny z jego programem i dość pewny.

Dlaczego akurat teraz?

Dosyć długo można było mamić przeciętnego człowieka-wyborcę przekazem, z którego wynikało, że jeśli Tusk coś zawalił, to Kaczyński jest remedium na problemy, i vice versa. Pomału jednak kończy się czas udawania, że grupy wymieniające się władzą od upadku PRL różnią się ze sobą w istotnych kwestiach. Rządził już Tusk, Kaczyński, Miller, Oleksy, itd., a ludzie mieli cały czas te same problemy: gdzie mieszkać, co jeść, jak dzieci ubrać i wyleczyć, jak pomóc schorowanym rodzicom na emeryturze. Rozwiązania proponowane przez kolejne rządy różniły się kosmetycznie, co dało się ukrywać w latach prosperity, ale nie w latach kryzysu, bo, jak wiadomo, głód uczy rozumu. Dlatego od paru lat obserwujemy nasilające się protesty nie przeciwko tej czy innej partii, a przeciwko całemu systemowi.

Marsz Niepodległości ma z roku na rok coraz większą frekwencję, a przecież nie składa się wyłącznie z „nazioli”. Przychodzi tam sporo ludzi, którzy wcale nacjonalistami nie są, ale korzystają z najlepszej w ciągu roku okazji, żeby zaprotestować przeciwko całemu systemowi, począwszy od fundamentów, na których jest zbudowany, czyli mocno postępowej Konstytucji III RP. Beton polityczny został już nadkruszony przy poprzednich wyborach poprzez wejście do Sejmu Palikota. Już wtedy ludzie protestowali. Dziś mają więcej powodów, żeby być niezadowolonymi, za to mniej powodów, by znów głosować na Palikota, który okazał się częścią systemu, a w dodatku potrafił sam sobie zaprzeczyć w odstępie nieledwie roku. (Nawiasem: z tych właśnie powodów uważam, że chwilowego sukcesu Palikota nie powtórzy jego odbicie lustrzane po prawej stronie PO, czyli Jarosław Gowin).

No dobrze, ale załóżmy, że do władzy dojdzie

Korwin-Mikke i co dalej?

Zależy do jakiej władzy. Jeśli do wystarczającej, by rządzić Polską, to będzie, jak przepowiada prof. Krzysztof Rybiński: Trzy miesiące potwornego burdelu – a potem wzrost gospodarczy 10% rocznie.


Chwilowo się na to nie zanosi, bo ani poparcie nie takie, ani kontekst: ostatnie wzrosty słupków mają znaczenie głównie w sensie wyborów do Parlamentu Europejskiego. Ale tam też jest trochę do zrobienia: głównie ośmieszać Unię ile wlezie tak, aby przygotować grunt pod szybsze opuszczenie tego tonącego okrętu. A potem już będzie dużo łatwiej.

Na zakończenie smutna wiadomość (niezwiązana z tematem notki): 30 kwietnia zmarł ś.p. Mieczysław Wilczek, twórca najbardziej wolnościowej ustawy w dziejach postzimnowojennej Polski. Cześć Jego Pamięci!

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Słupki Korwin-Mikkego”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *