Slwstrowy fjrwrk

Dobry wieczór.

Lewicowy bloger Slwstr podał ciekawy argument przeciwko zakazowi aborcji.


Zazwyczaj unikam czytania jego bloga (co nie jest trudne, choć czasami link pojawi się na ścianie na facebooku i trzeba uważać), ponieważ ten człowiek wydaje mi się komunistą będącym na lewo nawet od Zandberga. Nie żartuję: przedstawił kiedyś na facebooku graf pokazujący kandydatów na Prezydenta USA i Hillary Clinton była na tym grafie umieszczona bodajże o 7 jednostek w prawo od centrum, gdzie 10 to skrajna Prawica, a 10 w lewo to skrajna Lewica. Aby unaocznić, co to oznacza, wystarczy dostrzec, że na każdy postulat centrolewicowy (umieszczony 5 jednostek w lewo od centrum, dokładnie w połowie między centrum a skrajną Lewicą) muszą przypaść cztery postulaty skrajnie prawicowe, żeby średnia ważona wypadła właśnie tam. Kobieta popierająca podatki progresywne i państwową służbę zdrowia. Po lewej stronie znalazł się u niego tylko Sanders. Znaleźć tego nie mogę, więc mogą Państwo uwierzyć mi na słowo albo nie wierzyć mi na słowo i sprawdzić blog. Mnie to wystarczająco wyrobiło ocenę środka ciężkości jego poglądów.

Ale ponieważ w tym temacie czułem, że mogę mieć zbliżony do Slwstra pogląd na sam pomysł Ordo Iuris, a jednocześnie zupełnie rozbieżny od niego pogląd na powody, dla których zgadzamy się w kwestii „tak czy nie”, postanowiłem zajrzeć, gdy zobaczyłem ten akurat link.

Na starcie zgadzam się: nie wolno nikogo zmusić do donacji nerki czy krwi na naszą rzecz, nawet jeśli od tego zależy nasze życie. To przecież kwintesencja libertarianizmu: samowłasność („samoposiadanie” wg większości libertarian) stanowi, że człowiek jest właścicielem swojego ciała. Skoro jest właścicielem, to może z nim zrobić wszystko. Nie wolno mu za to robić niczego z ciałami innych, ponieważ to oni, a nie on, są właścicielami tych ciał.

Na razie jest prosto. Ale załóżmy, że dochodzi dodatkowa informacja: fakt, że znalazłem się w stanie zagrożenia życia, jest konsekwencją działań człowieka, zmuszenie którego do oddania mi krwi rozważamy w tej chwili (skupmy się na donacji krwi, bo ona ma więcej wspólnego z donoszeniem ciąży: po akcie donacyjnym zdrowy organizm zazwyczaj w sensownie skończonym czasie regeneruje się do stanu poprzedniego i jest gotowy do kolejnej donacji tego samego typu). Tutaj nadal nie mam przesłanek, żeby jako libertarianin nakazać tę donację. Kluczowa dla libertarianizmu jest bowiem agresja.

Mógłbym dowieść, że człowiek ten pokłócił się rano z żoną, w furii pojechał do pracy, jadąc tak, że zdenerwował pięciu kierowców, po czym jeden z tych kierowców, zanim zdążył ochłonąć, z tego zdenerwowania potrącił mnie na pasach, w wyniku czego potrzebuję krwi. To nic nie zmienia: nie mogę jej żądać od początkowego furiata, ponieważ on nie był agresywny wobec mnie. Konsekwencja jest tutaj mocno niebezpośrednia, ale to nie ma większego znaczenia.

Możliwe są niebezpośrednie konsekwencje agresywnych działań przy zachowaniu osoby ofiary. Na przykład ktoś może pod moją nieobecność wbić nóż w moją łąkę, a ja jakiś czas później mogę się potknąć i nadziać na ten nóż. Tutaj już była agresja, o implikacjach za chwilę.

Możliwe są natomiast nawet przypadki odwrotne: bezpośrednie, a nieagresywne. Na przykład: szykuję w kuchni posiłek z użyciem noża, a ktoś przechodzący tuż obok nagle, bez udziału własnej woli, kicha tak głośno i nagle, że z przestrachu sam się ranię nożem. Nie ma tu agresji.

Wreszcie może być agresja i bezpośredniość. Choćby atak nożownika.

I tutaj już, gdy w grę wchodzi agresja, moje podejście się zmienia. Agresor jest zobowiązany naprawić skutki swojej agresji wobec ofiary. Jeśli wymaga to przetoczenia krwi od agresora, uważam za dopuszczalne zmuszenie go do tego. Jeśli wymaga to przetoczenia krwi w ilości zagrażającej jego życiu, też uważam to za dopuszczalne, oczywiście, o ile inni krwiodawcy nie zechcą go z tego kłopotu wybawić.

Agresor może też paść ofiarą własnego pecha i moim zdaniem nic nikomu do tego. Na przykład: napada mnie pięciu dresiarzy i rani nożami. Potrzebuję przetoczenia dwóch litrów krwi. Wychodzi po jednej donacji na łebka, spokojnie można ich do tego po prostu zmusić. Ale nagle okazuje się, że mogę przyjąć krew tylko od jednego z nich, a w banku nie mają zapasów odpowiedniej grupy. Moja decyzja: przetaczać dwa litry od jednego, jeśli to jest potrzebne do ratowania ofiary.


Podałem tutaj przykład bandyckiego rabunku, ale nie jest to konieczne. Agresji można dokonać również bez takiej intencji. Kierowca, który mnie potrącił parę przykładów wyżej, równie dobrze mógł robić wszystko prawidłowo, tylko w kluczowym momencie na przykład po prostu stracił panowanie nad pojazdem z powodów niemożliwych do wykrycia w badaniu diagnostycznym. To mnie, jako ofiary, nic nie obchodzi. Sytuacja jest dokładnie taka sama, jak w przypadku nożowników.

Człowiek zadysponował moim ciałem w sposób niezamierzony przeze mnie, w związku z czym musi ponieść koszty przywrócenia tego ciała do stanu poprzedniego w najszerszym możliwym zakresie.

Oczywiście: może się zdarzyć, że agresorem jest dziecko. Wtedy odpowiedź nie jest tak jednoznaczna (libertarianizm nie rozstrzyga jednoznacznie kwestii praw dzieci, ja jestem zdania, że wraz z rozwojem przysługuje im coraz większa część samowłasności oraz zasady nieagresji, proporcjonalnie do tego, jaką odpowiedzialność za stosowanie nieagresji wobec innych ludzi są w stanie przyjąć na poziomie rozwoju psychofizycznego). Tak czy inaczej: może się zdarzyć, że za atak dziecka właściwe będzie obarczenie odpowiedzialnością rodzica jako prawnego opiekuna. W przypadku ataku ze strony dziecka, które nic nie rozumie (np. roczny maluch dorwał się do zostawionego nieopatrznie noża i wbił go śpiącemu w brzuch), jest to wręcz oczywista implikacja.

Do tego bardzo ważny niuans: jeśli za dziecko odpowiada oboje rodziców, to każde z nich z osobna może być pociągnięte do obowiązkowej donacji. Nawet jeśli nóż zostawiła nieopatrznie matka, ale tylko krew ojca nadaje się dla ofiary, przetaczamy krew ojca pod przymusem. Liczy się w pierwszej kolejności punkt widzenia ofiary.

Rozgadałem się trochę, a to niejedyna kwestia. Ja jestem libertarianinem, Slwstr nie jest i moje rozumowanie może być mu obce. Pragnę jednak zauważyć, że krew czy macica na czas ciąży to donacje okresowe. Oddajemy fragment ciała w dzierżawę, on później samoistnie wraca pod nasze władztwo. Oczywiście: nie będzie to technicznie ta sama krew ani te same komórki macicy, ale taka drobiazgowość nie prowadzi do sensownej konkluzji, ponieważ atomy ludzkiego ciała podlegają nieustannej wymianie i według niektórych oszacowań żaden atom w niczyim ciele nie jest w nim nieprzerwanie dłużej niż przez kilkanaście lat, nawet w wiecznie żywych narządach, jak serce czy pojedyncza komórka mózgowa.

Można zatem zinterpretować to, o czym pisał Slwstr, jako niezgodę do zmuszania człowieka również do tymczasowych ofiar z własnego ciała na rzecz ratowania życia innych ludzi.


Oczywiście rodzi to masę pytań libertarianina wobec etatysty. Co z obowiązkiem donacji kciuka na kilka sekund, żeby wybrać numer pogotowia, gdy widzimy umierającego? Co z obowiązkiem klikusekundowej donacji kawałka skóry i znacznie dłuższej donacji wnętrza ciała po to, żeby ktoś zagnieździł w niej szczepionkę?

I najważniejsze: co z obowiązkiem donacji owoców pracy ciała, którym przecież mamy pełne prawo dysponować? Jeśli pieniądze uzyskane ze sprzedaży komputera wytworzonego przez moje ciało nie są w stu procentach moje, to znaczy, że ten komputer też w stu procentach nie jest mój. W jakiejś części dysponuje nim państwo czy społeczeństwo, a co więcej: to nie ja, a ono tę część definiuje. A jeśli komputer wytworzony przez moje ciało nie jest w stu procentach mój, to dlaczego niby krew wytworzona przez moje ciało nie miałaby podlegać tym samym zasadom? Tylko dlatego, że nie wytwarzam jej świadomie? Czy może dlatego, że część ciała jest czymś godnym większej ochrony niż jej wytwór niebędący częścią tego ciała? Przypadki brzegowe: czy dochód ze sprzedaży włosów na peruki powinien być opodatkowany? A dochody z prostytucji? A jeśli ktoś zarobi, stojąc przez godzinę nago po to, żeby studenci na żywym modelu pouczyli się podstaw anatomii?

Nawet jeśli Slwstr tak uważa, to zapewniam, że podważa to własność ciała. Jeśli nie masz pełnego prawa pobierania pożytków z czegoś, nie jesteś tego czegoś wyłącznym właścicielem.

Dobra. Wracamy do tematu donacji krwi i aborcji.

Wspomniałem już, że do zaakceptowania jest obowiązkowa donacja, jeśli zagrożenie życia wynika z agresji donatora względem zagrożonego. To jest bardzo ważna do zrozumienia rzecz z wolnościowego punktu widzenia (i dobrze by było, gdyby Slwstr i jemu podobni przyswoili to sobie, skoro uważają się za wolnościowców przynajmniej w tej kwestii):

Wolność musi iść w parze z odpowiedzialnością.

Nie ma innej możliwości. Nie ma odpowiedzialności, to nie będzie wolności. Już tłumaczę, dlaczego.

Każda ludzka decyzja ma konsekwencje, agresja wobec drugiego człowieka (obojętnie, gdzie ustalimy jej granice: czy, po libertariańsku, uznamy za niedopuszczalną agresję na całą własność, zaliczając do niej ciało jako fundamentalną własność każdego człowieka, czy też zaliczymy do niej jedynie bezpośrednią napaść na ciało, ale już nie na innego rodzaju własność) ma negatywne konsekwencje wobec tego człowieka. Jeśli ich nie naprawimy kosztem agresora, to zamiast ponoszenia konsekwencji własnych czynów budujemy system, w którym zmuszamy człowieka do ponoszenia konsekwencji agresywnych działań innych ludzi. A to nie jest wolność, tylko jej zaprzeczenie: człowiek płaci, zmuszony przemocą, za to, co sobie ktoś inny wymyślił! Kluczowe jest tutaj zmuszenie przemocą (lub groźbą jej użycia): jeśli nieagresywne działanie powoduje negatywne konsekwencje dla kogoś, to i tak człowiek ma pozostawiony jakiś wybór, więc nie jest to tak mocny cios w wolność, a ponieważ wszystkie (również nieagresywne) działania mają konsekwencje, znacznie mocniejszym ciosem byłoby zakazanie wszystkiego albo cedowanie wszystkich konsekwencji na sprawcę; to ostatnie jest zresztą nie do przeprowadzenia w praktyce, bo kto policzy wszystkie efekty motyla?

Jeśli bez pytania powołujemy do życia nowy byt (a przy powołaniu do życia z natury rzeczy robimy to bez pytania), po czym życie tego bytu jest zagrożone, to w pewnych sytuacjach może to być uznane za zachowanie agresywne z naszej strony i może na nas zostać nałożony obowiązek przeciwdziałania, nawet kosztem własnego ciała. Nie musi tak być, vide przykład z kichnięciem, gdzie samo zagrożenie nie wynikło nawet z działania (kichnięcie nie jest działaniem ludzkim). Również nie musi tak być, jeśli to życie samo z siebie wcześnie się kończy, śmiercią niejako naturalną.

Nie musi również tak być (i nie jest), jeśli byt, o którym mówimy, nie jest człowiekiem. Dlatego, wbrew temu, co napisał Slwstr we wstępie do swojej notki, ustalenie, w którym momencie zaczyna się człowiek (jeśli nie w sensie biologicznym, to w sensie praw podmiotowych), jest clou całego sporu dookoła aborcji. To implikuje nie wszystkie, ale bardzo dużo poglądów na inne związane z nią kwestie.

Ten fjrwrk nie wypalił.

Bo w momencie, w którym jest to człowiek, celowe i aktywne przerywanie jego życia jest już ewidentnie działaniem agresywnym. Nie można odpowiedzieć, że to nie agresja, a odpowiedź na agresję, jeśli ten płód będący już człowiekiem zaczął stanowić zagrożenie dla życia matki, z takich samych powodów, jakie podałem przy rocznym nożowniku.

Nie można odpowiedzieć, że trzeba zezwolić na aborcję, bo inaczej całe odium spada na kobietę. Ma pecha jak rodzic rocznego nożownika z właściwą grupą krwi.

Można, oczywiście, powiedzieć, że przy gwałcie kobieta ma prawo się bronić, bo jej problem nie wynika z jej decyzji. Ja to uznaję tak samo, jak uważam, że człowiek ma prawo chować się za innymi ludźmi przed snajperem, który usiłuje go zastrzelić. Ale nie wtedy, kiedy wcześniej sam strzelał do niego. Broniąc się masz prawo stawiać swoje życie ponad życie innych ludzi, atakować nie masz prawa, kontratakować masz prawo, bronić się przed kontratakiem cudzym kosztem nie masz prawa. To w skrócie.

Dlatego trzeba, mimo wszystko, z uporem toczyć tę debatę, kiedy zaczyna się człowiek (tu podałem jeden argument, dlaczego nie w momencie poczęcia), równolegle z debatą, jaka jest granica władzy rodzicielskiej nad dziećmi.


A po udzieleniu odpowiedzi na te, i być może kilka innych pytań, możemy całkiem nieoczekiwanie znaleźć się w punkcie, w którym do uzyskania spójnego prawa, wywodzącego się z dogłębnie rozważonych dylematów natury etycznej, w ogóle nie potrzebujemy już się posługiwać pojęciem „aborcji” ani żadnym synonimicznym, bo nie będziemy mieli powodów, żeby traktować ją jak szczególny przypadek.

Czego Państwu i sobie życzę, bo ten spór naprawdę jest już męczący.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *