Święto bez solenizanta

Dobry wieczór.

Jutro Święto Pracy. Obchodzone jest tak, że ci, którzy je obchodzą, nie pracują.


Nie jest to wyjątek. Ci, którzy obchodzą Święto Zmarłych, żyją, w Dzień Nauczyciela się nie naucza. Czasem mam wrażenie, że takie święta bez solenizanta to polska reguła.

Może i tak jest. Warto mieć tę refleksję na uwadze podczas Święta Niepodległości.

Jeśli chodzi o dzisiejszą notkę, to tyle, natomiast pod poprzednią notką pojawiło się kilka komentarzy, do których postaram się odnieść.

{Janusz Wojciak} pisze:

Przyklad z kontem bankowym nie jest trafny. O ile odczyt danych nie jest agresja, to wydobycie srodkow z konta juz jest, bo pociaga za soba zmiane nosnika danych, wbrew woli wlasciciela (bo bank chce by tylko jego klient mogl dokonywac operacji zmieniajacych jego stan).

Janusz ma, oczywiście, rację: ten, kto dysponuje jakimś dobrem fizycznym (w szczególności swoim ciałem, ale nie tylko), ma prawo uzależniać ocenę agresywności fizycznej ingerencji w to dobro od tego, kto tej ingerencji dokonuje. Przykład może istotnie nie jest najlepiej dobrany. Scenariusz podany przez Janusza nie rozwiązuje wprawdzie głównego problemu, jakim jest tutaj to, że to klient jest stratny, a nie może on dochodzić niczego od agresora, ponieważ to nie w niego została wymierzona agresja (o ile przyjmiemy punkt widzenia infoanarchisty), ale zarówno libertariańsko, jak i zdroworozsądkowo (to zazwyczaj idzie w parze) jest założyć, że odpowiednie zapisy umowy zobligują bank do działania w tej sytuacji.

Nie jest to jednak obalenie głównej myśli wątku, która brzmiała:


Fundamentem bardzo dużej części istniejącej dziś, jak najbardziej materialnej własności, jest pewność ludzi co do własności jej pewnych niematerialnych ekwiwalentów: informacji na kontach bankowych.

W istocie gdyby rozpatrywać rzecz tylko jako agresję wymierzoną w fizyczny nośnik danych, to bank mógłby żądać od agresora rekompensaty, ale niezbyt dużej (w porównaniu z poniesionymi stratami), ponieważ musi ona odpowiadać karze za agresję na dobro o wartości nośnika. Ile może kosztować taki dysk? Nawet jeśli jest to pięciocyfrowa suma z uwagi na rozwiązania techniczne, pomnożona za Rothbardem przez dwa. Sto tysięcy złotych do wypłaty przez agresora, który dysponuje sobie czyimiś milionami? Nawet nie wzywałbym PAO z argumentem, że nie zniszczyłem całego nośnika tylko jego ułamek i to on powinien odpowiadać wartości zadośćuczynienia.

„Zaraz, zaraz, przecież musisz nam oddać dużo więcej, bo nasze straty są dużo większe niż tylko wartość nośnika”, powie zapewne bank. I będzie miał rację. Zadanie dla Czytelnika: jeśli dysk z zapisanymi na nim informacjami ma dużo większą wartość niż taki sam dysk bez zapisanych na nim informacji, to co ma wartość stanowiącą tę różnicę? I czyją własność stanowi ta wartość (kto jest uprawniony do roszczeń o jej stratę)?

{Adam Badura}:


Po co w tym wszystkim futurystyczne technologie? Czemu tego samego rozumowania nie można by przeprowadzić wobec zwykłej lornetki, albo nawet gołego okna? – oczywiście gdy ktoś się nie zasłania.

Może nie byłem dostatecznie uważny, ale nie dostrzegam w tekście żadnych argumentów, które nie byłyby równie dobre, wobec człowieka rozbierającego się w parku i twierdzącego, że jako właściciel nie życzy sobie, by na niego patrzono.

Po to, żeby wyolbrzymić przykład (bo wtedy lepiej widać problem), ale zarazem nie uciekać się do czegoś, co „na pewno się nigdy nie zdarzy”. Dobry system to system oparty na fundamentach moralnych, które wytrzymują próbę czasu w zetknięciu z rozwojem technologii. Jak Dekalog.

Ale za argument, który nie jest równie dobry w stosunku do ekshibicjonisty w parku, niech posłuży moja próba definicji:

Jeżeli właściciel podjął oczywiste starania mające na celu nieujawnienie pewnych atrybutów swojej własności, to ujawnienie tych atrybutów bez zgody właściciela jest agresją wymierzoną w jego własność.

Rozebranie się w parku nijak nie pasuje do podjęcia oczywistych starań mających na celu nieujawnienie pewnych atrybutów swojej własności. Nie ma jasnej granicy, podobnie jak nie ma jasnej granicy, od której machanie atrapą rewolweru może być potraktowane jako groźba uzasadniająca zabójstwo w samoobronie, bo czegoś takiego nie powinno się normować a priori tylko pozostawić do rozstrzygnięcia sędziemu konkretny przypadek, jeśli naprawdę będzie miał on miejsce.

I, oczywiście, bez zmiany definicji rozwój technologii może wpływać na zmianę tego, co będzie postrzegane za podjęcie oczywistych starań mających na celu nieujawnienie pewnych atrybutów swojej własności. Kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu takich lornetek, o jakich pisałem, niepowleczenie zasłon antylornetkową tarczą może być uznane za coś takiego, zupełnie jak dzisiaj zasłonięcie firanek zamiast zasłon. Pewnie będzie to się nawet zmieniało od miasta do miasta, w zależności od lokalnych zwyczajów tworzących się przez lata choćby w oparciu o zamożność lokalnych mieszkańców.

{Anarchol}:

” uważam, że własność intelektualna istnieje, należy ją chronić, a ponieważ nie chcę, by ktoś mnie fotografował przez otwarte okno, podciągnę to pod intel. własność i…voila! ”
– to ma być rzetelna argumentacja?

Nie, to nie jest rzetelna argumentacja i do niej się nie przyznaję. Tak, uważam, że własność intelektualna istnieje i że należy ją chronić, zupełnie tak, jak niektórzy uważają, że istnieje własność materialna i należy ją chronić. „Uważam” już samo w sobie usprawiedliwiałoby niepodanie uzasadnienia, bo fundamenty światopoglądu uzasadnienia nie potrzebują: człowiek po prostu twierdzi, że coś jest słuszne, a coś nie jest. Ale nie skorzystałem z tego: przez kilka akapitów podawałem argumenty na obronę swojego poglądu.


Teza zaś, że podglądanie przez okno pasuje do tematyki własności intelektualnej, już wymaga uzasadnienia. I o nie też się pokusiłem.

Można zapewne to i owo zarzucić mojej argumentacji (i Pańscy poprzednicy podjęli to wyzwanie), ale sugerowanie, że tej argumentacji nie ma, jest tylko zestaw postulatów z implikowanym żądaniem przyjęcia ich za słuszne, uważam za potwarz.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Święto bez solenizanta”

  1. Ale przecież „wartość” to nie jest „rynkowa cena dobra”. Tylko jej użyteczność dla właścicela (vide: pukle włosów ukochanej osoby, przykłąd uniwersytecki).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *