Syrenka z logo Mercedesa

Dobry wieczór.

Tydzień temu miałem rację, ale nic nie szkodzi. To nie było trudne. Piszę tu o swoich prognozach dotyczących medialnej obecności Manif, bo tylko to można sprawdzić w tym czasie. Legislacyjne efekty lub ich brak to kwestia dłuższej perspektywy i zarazem możliwość wpływu wielu dodatkowych czynników. Sprawdzałem wyrywkowo w elektronicznych wydaniach gazet i na portalach informacyjnych.

Dzisiaj coś zupełnie innego. Opowiem Państwu historię. Bajkę właściwie. Proszę przygotować sobie herbatkę, piwo, czy czym kto umila sobie piątkowe wieczory w marcu, i rozsiąść się wygodnie.


Nie tak dawno temu ludzie jeździli sobie po drodze syrenką. Tak, wszyscy jedną, bo to była syrenka metaforyczna (żeby nie rzec: alegoryczna). Nie było z tym większego problemu terytorialnego, bo na odcinku drogi, po którym poruszała się ta syrenka, nie jeździł żaden inny samochód. Jednak z czasem ludzie zaczynali mieć tej syrenki coraz bardziej dosyć. Nie dlatego, że części się zużyły ze starości, ale dlatego, że od samego początku był to samochód zły pod wieloma względami. Jednych to zwyczajnie zmęczyło, innym zaczęło przeszkadzać dopiero wtedy, gdy zobaczyli, jak się jeździ lepszymi samochodami po sąsiednich odcinkach drogi.

W każdym razie naciski były tak silne, że postanowiono przesiąść się do mercedesa (także alegorycznego). Od razu wszystko ruszyło z kopyta: nowy samochód był bardziej ekonomiczny, szybszy i wygodniejszy. Ale, jak wiadomo, jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził. Część ludzi tęskniła za czasami Syrenki i zmiana na Mercedesa była im nie w smak, bo ciągnęli spore profity z kierowania coraz bardziej zawodną syrenką oraz z bezustannego i nieskutecznego naprawiania jej w warsztatach prowadzonych przez zaprzyjaźnionych ludzi. Wszystko za pieniądze pasażerów, rzecz jasna. Kierowcy się zmieniali, zasada pozostawała. I ci ludzie zaczęli teraz wykorzystywać najmniejsze przejawy niezadowolenia nowym mercedesem i wyolbrzymiać związane z nimi zagrożenia.

Niektórzy pasażerowie zaczęli na przykład skarżyć się na to, że Mercedes jeździ tak szybko, że oni nie nadążają za tym. Przyzwyczaili się do terkotania charakterystycznego dla Syrenki. W nowej rzeczywistości bali się chorób, bali się wypadnięcia przez okno, bali się nowych zagrożeń, których do końca nie umieli nawet sprecyzować. Oczywiście natychmiast zwolennicy poprzedniej marki zaczęli wyliczać niebezpieczeństwa związane z większą prędkością.

Na efekty nie trzeba było długo czekać: kierowca zjechał do warsztatu, bo „coś trzeba było z tym zrobić”. Pasażerowie domagali się tego coraz głośniej.

Więc zrobiono. Wymontowano z mercedesa silnik Mercedesa i zastąpiono go silnikiem Syrenki. Nie jechało się już tak szybko, jak poprzednio, ci, którzy się spieszyli, zaczęli narzekać, ale nikt ich nie słuchał. W końcu bezpieczeństwo rzecz najważniejsza. Tego nauczono się w syrence. A w dodatku nadal sytuacja nie wszystkim odpowiadała. Nowa hybryda nie jeździła wprawdzie zbyt szybko, ale nadal była ekonomiczna. Pasażerowie solidarnie płacili za jej eksploatację, niektórzy zaczęli się więc skarżyć, że  stracili źródło dochodu. Bo żyli z zawodności poprzedniego samochodu. Czyli z tego, że nie służył on użytkownikowi końcowemu tak dobrze, jak mógłby i powinien służyć. Co prawda wewnątrz nowego było mnóstwo nowych, nieznanych wcześniej możliwości zarobkowania, ale wszystkie wiązały się z (o zgrozo!) ryzykiem, a nawet z (o jeszcze większa zgrozo!) koniecznością samodzielnego pomyślenia i samodzielnego znalezienia jakiejś takiej możliwości dla siebie! Syrenka tego nie miała: tam było stabilnie, spokojnie, bez ryzyka i bez konieczności wykazywania się samodzielnością.

Kolejni kierowcy zjeżdżali więc do warsztatów. Za każdym razem zasada była ta sama: wymontowujemy jakąś część Mercedesa i wstawiamy w zamian odpowiednik od Syrenki. Nawet jeśli nie pasuje. Jeśli Syrenka nie przewidziała odpowiednika, łatamy czym bądź albo wcale. W efekcie samochód jeździł coraz gorzej, po kilku takich wizytach nie zostało już nic z zysków osiągniętych dzięki przesiadce na mercedesa.


Taka sytuacja była bardzo na rękę kierującym, którzy z racji swojej funkcji otrzymywali wysokie wynagrodzenia oraz spore przywileje. Wszystko na koszt pasażerów, rzecz jasna. Dlatego im więcej było awarii i im szumniej były one naprawiane, tym bardziej kierujący wyglądali w oczach przeciętnych pasażerów na niezbędnych i trudnych do zastąpienia. A to było o tyle istotne, że to kierowcy prowadzili samochód, to kierowcy jeździli do warsztatów, to kierowcy decydowali o wszystkim, ale to pasażerowie wybierali kierowców. Więc ci ostatni zawiązali swego rodzaju kartel i robili co mogli, żeby zmiany dotyczyły wyłącznie nazwisk, ale dokonywały się w obrębie „swoich”.

A w tym celu należało między innymi trzymać samochód jak najdalej od pierwotnego, niemal bezawaryjnego mercedesa. Broń Boże żeby za kierownicą usiadł ktoś, kto dobro pasażerów przedłoży nad żądzę władzy i zamieni samochód na tak dobry, że nagle potrzeba będzie mniej kierowców i niemalże zniknie konieczność regulowania samochodu w warsztatach.

Pozostawał tylko jeden problem: ludzie wciąż pamiętali, jak toporna i siermiężna była Syrenka. Źle im się to kojarzyło. Ale i na to zaradzono. Na dłuższą metę trzeba było stopniowo obrzydzać ludziom markę Mercedes i to robiono, ale ponieważ chwilowo jedyną alternatywą była znienawidzona Syrenka, trzeba było ten proces rozłożyć na lata. Doraźnie wystarczyło natomiast trzymać się jednej, kluczowej zasady: cokolwiek zostanie wymienione w warsztacie na podzespół Syrenki, na samochodzie musi pozostać logo Mercedesa. Ludzie, którym jechało się niewygodnie i zaczynali sobie uzmysławiać podobieństwa do poprzedniego samochodu, musieli koniecznie po wyjrzeniu przez przednią szybę zobaczyć charakterystyczne kółeczko. I je widzieli. Nikt, absolutnie nikt, nie mógł dojść do wniosku, że to, czym jeżdżą, jest Syrenką, a nie Mercedesem.

Bo przecież nie jest, prawda? Nowy mercedes z jedną częścią zamienioną na część syrenki to nadal mercedes. To była druga rzecz, o którą należało zadbać. Wmówienie tego ludziom nie było trudne, cała więc sztuka w tym, żeby demontażu dokonywać małymi krokami. Formalnie nawet tego nie trzeba robić, jeśli się potraktuje powyższe jak założenie indukcyjne, ale praktycznym celem nie jest przeprowadzenie formalnego dowodu tylko przekonanie prostych ludzi.

Trzeba więc było też zagłuszyć (przez zakrzyczenie lub zamilczenie) nieliczne głosy rozsądku, twardo i zdecydowanie mówiące, że mercedes z jedną częścią zamienioną na część z syrenki to już nie jest mercedes! Bo nazwa „Mercedes” zobowiązuje do jakości, której podzespół Syrenki nie dostarcza. Że w drugą stronę to niekoniecznie działa: syrenkę z silnikiem Mercedesa można wciąż nazwać „syrenką” bez uszczerbku dla jej dobrego imienia, ponieważ taka podmiana nie równa jakości w dół. Ale zamiany postępują w drugą stronę i pozostawianie nazewnictwa jest niedopuszczalne. Należy nazwać rzecz po imieniu: Syrenka z logo Mercedesa. Ten głos rozsądku zagłuszono. Zagłuszono go tym łatwiej, że jednym z przywilejów kierowców był ułatwiony dostęp do radia, za pomocą którego mogli oni nadawać dowolne informacje do pasażerów.

W efekcie ludzie jeździli coraz gorszym samochodem, coraz bardziej zbliżonym do Syrenki z logo Mercedesa. Rozumieli to nieliczni. Większość widziała w tym tylko mercedesa po przeróbkach. Ilekroć coś zawodziło, obwiniali markę Mercedes, niekiedy poszczególnych kierujących, w ostateczności niedostosowanie mercedesa do kawałka drogi, po którym się poruszali, ale prawie nigdy styl kierowania. A jeszcze rzadziej obrywało się faktycznemu winowajcy, czyli marce Syrenka.


I tak sobie jeżdżą do dziś. Koniec bajki.

Przeczytali Państwo właśnie historię kapitalizmu i Wolnego Rynku w III Rzeczpospolitej mniej więcej od momentu rozpoczęcia prac nad Ustawą Wilczka do dnia dzisiejszego.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Syrenka z logo Mercedesa”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *