Teatrzyk kukiełkowy

Dobry wieczór.

Błagam, niech ktoś mi powie, że to, co obserwuję na co dzień, to tylko jakiś teatr, przedstawienie, z którego niedługo będzie można wyjść i obudzić się w normalności.


Biznesmen został przez Sąd wrocławski skazany na 10 miesięcy więzienia za spalenie kukły Żyda. Przy czym, żeby nie było nieporozumień: gdyby podsądny został skazany za spalenie kukły, nie byłoby wpisu. OK, może 10 miesięcy to dużo, ale jednak jakieś zagrożenie pożarowe było, karanie za samo zagrożenie bez groźby jak i więzienie, nie są zbyt po drodze z libertarianizmem, ale w rzeczywistości, w której żyjemy, nie byłyby w pierwszym szeregu kwestii do oprotestowywania.

Warunek sine qua non jest taki, że Sąd wydaje wyrok i dowiaduje się, co przedstawiała kukła, w tej kolejności. A przynajmniej że nie bierze pod uwagę tego, co kukła przedstawiała.

Tymczasem z uzasadnienia wynika, że to zaważyło na wyroku.

Już samo to, że muszę się ucieszyć z istnienia czegoś takiego, jak Sądy Apelacyjne, mnie, zwolennika jednoinstancyjności, uwiera. Ale to malutki problem.

Totalitarne jest w tym wyroku niemal wszystko, łącznie z tym, że sąd zasądził karę surowszą niż ta, o którą wnioskowała prokuratura. To, że w ogóle można za coś takiego skazać (pomijając przypadki takie, jak np. że kukła została komuś ukradziona), to już niebywała hucpa.

Ale to, że ludzie teoretycznie wolnościowi poparli wyrok co do zasady, powoduje opadnięcie rąk i w ogóle wszystkiego. I chęć wyjścia z tego przedstawienia i zobaczenia normalnego świata.

Nie żeby narodowcy (zdaje się, że skazany się do nich zalicza) nie prosili się o to. Domagając się karalności publicznego palenia flag i ostentacyjnie ciesząc się ze zmuszenia stacji telewizyjnej do płacenia sporej kary za wyemitowanie ostentacyjnego unurzania flagi państwowej w gównie nie są ani trochę lepsi (i ani trochę gorsi) od tych, którzy popierają wyrok w wyżej wymienionej sprawie. Jeśli w ogóle można jakoś hierarchizować, to na samym dole ze zgnilizną moralną są ci, którzy będą próbowali bronić różnic między tymi dwiema sprawami, wskazując na jakieś niebywale ważne argumenty, dlaczego jedni powinni zostać ukarani, a drudzy nie. Niezależnie od tego, czyją wezmą stronę.

Ale wolnościowcy, nawet umiarkowani, niekoniecznie libertariańscy, nie powinni stawiać siebie w takim szeregu, wyżej od którego na drabinie Rozumu i Godności Człowieka są nawet antyaborcjoniści z Ordo Iuris, bo nawet im nie przyszło do głowy, żeby karać za publiczne spalenie kukły płodu, a to analogiczna sytuacja: prawdziwym złem jest przecież mordowanie Żydów (w ogólności: ludzi), a nie palenie kukieł, ale niektórzy dopatrują się tutaj przedsionku.

A propos: nie należy wypowiadać się w imieniu zmarłych, nie mając pewności co do ich intencji, ale osobiście jestem święcie przekonany, że ś.p. Philip Dick pisał „Raport mniejszości” jako ostrzeżenie, a nie jako instruktaż. To, że dzisiejsze elity traktują tego typu ostrzeżenia jak instruktaże („1984” coraz pełniej iści się na naszych oczach) to jedno, ale to, że wolnościowcy temu przyklaskują, jest po prostu załamujące.


To, że ktoś palący kukłę dziś ma potencjał, żeby jutro mordować ludzi, nie jest żadnym argumentem za zakazywaniem palenia kukieł. Tak samo, jak nie jest argumentem, że kto katuje zwierzęta, będzie katował ludzi, a kto bije ludzi, będzie ich mordował, podobnie jak ten, kto morduje ich w grach komputerowych, przejdzie w rzeczywistość. Zapomniałem dodać, że do urzeczywistniania swoich marzeń z automatu przechodzą też pedofile, i to nawet tacy, którzy ograniczają się do pisania opowiadań i rysowania obrazków zaspokajających ich żądze, po czym chowania ich do szuflady bez dzielenia się z innymi. Taka szuflada też grozi długoletnim więzieniem, gdyby została znaleziona, choć nie ma żadnej ofiary tego typu czynów.

Nie oznacza to, oczywiście, że wszystkie te czyny powinny być legalne. Sam jestem przeciwny biciu ludzi, ponieważ łamie ono zasadę nieagresji, która jest moim fundamentem moralnym.

Ale jestem też przeciwny uzasadnianiu zakazów przez potencjał sprawcy.

Może inaczej: jeśli powodem skazania za spalenie kukły jest potencjalne zamordowanie człowieka, to należy skazać sprawcę na potencjalne dożywocie. Potencjał zamienia się w rzeczywistość w drugim przypadku, gdy zamieni się w pierwszym (albo gdy sprawca zostanie powstrzymany przed realizacją planu zmierzającego do morderstwa, co jest moim zdaniem usprawiedliwione, podobnie jak późniejsze skazanie go za morderstwo).

I w ogóle jestem przeciwny podejściu typu: „zakażmy na wszelki wypadek, bo a nuż”.


Należy skazać tego jednego wystarczająco pierdolniętego, żeby nie odróżniał rzeczywistości od fikcji, jeśli postanowi sobie pograć w Counter Strike na ulicach. Powiedzenie tego ofiarom takich wielokrotnych morderców, jak np. ten z Australii, o którym piszą w grudniowym numerze „Detektywa”, nie jest łatwe, ale mogę się poświęcić. Jakoś tak się dziwnie składa, że kraje, w których co jakiś czas dochodzi do takich masakr, i tak per saldo charakteryzują się wyższym współczynnikiem dobrobytu i szczęśliwości mieszkających w nich ludzi niż kraje, w których prewencyjnie utrudnia (bo przecież nie uniemożliwia, jeśli ktoś ma za nic prawo) się zakup broni, która mogłaby do tych masakr posłużyć. I często Australia i Stany Zjednoczone są Ziemią Obiecaną dla wielu Polaków, a żeby w drugą stronę emigrować, to chętnych jakoś nie ma.

Facet spalił kukłę. Pismaki nie raczyły o tym napisać, więc zakładam, że była to jego kukła i jego zapałki. Zrobił to w miejscu publicznym, jeśli spowodował zagrożenie, to może jakaś grzywna jest zasadna (ale znajmy proporcje: nie wyższa niż te, które wymierza się za realne straty). Ale, do cholery, poza tym nie było żadnej ofiary jego czynu. Czyn nie był agresywny w żadnym sensownym rozumieniu. Ktoś, kto dopatruje się w nim znamion uzasadniających karalność, nie zasługuje na zaszczytne miano „wolnościowca”.

Problemem jest, oczywiście, zanik klasycznej wolności, nierozerwalnie związanej z odpowiedzialnością i ponoszeniem konsekwencji własnych decyzji. Z jednej strony zmusza się ludzi do partycypacji w konsekwencjach decyzji innych. Klasyczny przykład to seks. Seks czasem prowadzi do tego, że jest dziecko. I jeśli to się zdarzy, regularnie konsekwencjami (przynajmniej finansowymi) obarcza się całą masę ludzi, których nikt nie pytał o zgodę na ten konkretny seks. Niezależnie od tego, czy ciąża ma być przerwana czy donoszona.

A z drugiej strony uczy się ludzi nieodpowiedzialności, wyciągając do nich rękę i przerzucając część konsekwencji ich decyzji na innych.

Jednym z najbardziej przerażających symptomów tego ostatniego jest karalność podżegania do zbrodni. Dorosły facet może się tłumaczyć, że zamordował, ponieważ nie mógł się oprzeć wpływowi jakiegoś guru, a władza przyjmuje to tłumaczenie i zamiast wymierzyć mordercy czapę, sadza go za kraty, zapewniając humanitarne traktowanie, a z drugiej strony represjonuje guru za to, że jego słuchacz okazał się być jego mentalnym maminsynkiem. To jest przecież paranoja i antyteza wolności!

I nie mówcie mi, że wielkie wojny zaczynają się od takich małych gestów. To wszystko nieudowodnione efekty motyla i gdybanie. Fakt jest taki, że facet został (nieprawomocnie jeszcze, na szczęście) skazany za spalenie kukły na karę wyższą, niż dostaje policjant za bezprawne pobicie narodowca. Trzeciej Wojny Światowej póki co nie ma, a obecna sytuacja polityczna nie wskazuje na to, żeby miała ona w najbliższym czasie wybuchnąć akurat z powodu antysemickich gestów w Polsce. Są dużo poważniejsze zagrożenia.

(Ciekawostka, którą wyczytałem jeszcze jako dzieciak: wprawdzie wiele jasnowidzeń jest bardzo enigmatycznych, co ułatwia interpretację post factum pasującą do tego, co naprawdę się stało, ale gdy zinterpretowano bodajże w latach siedemdziesiątych przepowiednie Nostradamusa dotyczące dwóch wojen światowych, wówczas już byłych, doszukano się w nich również trzeciej, której punkt inicjacyjny miał znajdować się na Półwyspie Arabskim. Czytałem to we wczesnych latach 90-tych, kiedy trudno byłoby to w jakikolwiek sposób nazwać proroctwem po fakcie).

Nie zapominajmy też o prawdopodobieństwie. Nawet utylitarysta czy konsekwencjonalista nie powinien mordować człowieka, jeśli wie, że alternatywą jest nuklearna wojna ogólnoświatowa wybuchająca z prawdopodobieństwem jeden do biliona, jeśli ten człowiek przeżyje. Wydawało mi się, że tutaj akurat nie ma żadnego Dylematu Wagonika, bo wszyscy (z różnych powodów) zgadzają się, że dźwigni ruszać nie wolno, ale najwyraźniej myliłem się.

Nie mówiąc już o tym, że jeśli gościowi wkłada się w usta nienawiść wobec całej grupy etnicznej, podczas gdy on sam wyraźnie mówi o nienawiści wobec konkretnej osoby, której konterfekt po prostu nie dojechał na czas, to w tym przypadku nastroje antysemickie na poziomie ogólnym wzbudza nie podpalacz kukły, tylko ci, co paplą o antysemickim podłożu podpalenia.

I sami nie zdają sobie sprawy, w jakiej rzeczywistości mogą się znaleźć, przyznając państwu takie prerogatywy. Mało rzeczy sprawia mi taką Schadenfreude (ma ktoś pomysł na zgrabny polski odpowiednik?), jak ta, w której państwo wykorzystuje jakieś swoje prawo w sposób bulwersujący zwolenników przyznania państwu tego prawa (np. z wczoraj: jak ludzie dopuszczający zabieranie przez państwo dzieci rodzicom nagle czytają wiadomość, że państwo skorzystało z tego prawa i zabrało dziecko matce dlatego, że matka jest niepełnosprawna), ale tutaj totalitaryzm idzie za daleko. Nawet ja bym się pewnie nie ucieszył, gdyby zwolennik dzisiejszego wyroku został skazany na przykład za nazwanie narodowca „nacjozjebem”.

I nie mówcie mi, że to są dwie różne rzeczy. Na pewnych poziomach są, ale występuje między nimi również masa podobieństw. Główne jest takie, że człowiek wyraża pogląd w sposób obliczony na oburzenie tych, w których pogląd jest wymierzony, mimo że jednocześnie robi to tak, żeby żadna jednostka nie została bezpośrednio skrzywdzona tym wyrażeniem poglądu. Albo dopuszczamy państwowy zakaz w tego typu sytuacjach mimo braku ofiary (i jego egzekwowanie) albo go nie dopuszczamy. Jeśli dopuszczamy, to zawsze jest margines na użycie go wtedy, kiedy byśmy nie chcieli.

A historia pokazuje, że niezależnie od tego, z jakiego powodu wybuchały wojny, te najkrwawsze miały jeden czynnik wspólny: zbyt silne państwa uczestniczące. Jeśli pozwolimy na silne państwa, wojny wybuchną pod byle pretekstem, bo przecież zawsze chodzi o zasoby (nawet Hitlerowi chodziło o przestrzeń życiową dla Niemców). Natomiast jeśli zmusimy państwa, żeby były słabe lub w ogóle nieistniejące, to może się okazać, że nawet silny antysemityzm nie doprowadzi do wojny. Najwyżej do zamieszek na poziomie sporej ustawki.

Pozwalanie państwu na taki totalitaryzm, jakim jest więzienie za spalenie kukły, w obawie, żeby nie przerodziło się ono w palenie ludzi, to dosłownie i w przenośni gaszenie pożaru benzyną.


Koleżanki i Koledzy Wolnościowcy, nie idźmy tą drogą!

Do napisania. Miłego tygodnia!

P.S. Dyskusję w tym temacie podejmować będę zasadniczo tylko w komentarzach pod niniejszą notką.

Jedna myśl nt. „Teatrzyk kukiełkowy”

  1. Odpowiednik Schadenfreude? Sadystyczna przyjemność, złośliwa satysfakcja nie są zbyt zgrabne, ale dość wierne. Można się zastanowić nad jakimś słowotwórstwem, ale moje jedyne jak na razie pomysły: sado-frajda, sado-radość brzmią dość głupio. Moim zdaniem można spokojnie używać Schadenfreude.

    Co do meritum, myślę, że ma Pan dużo racji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *