Tort i ołówek

Dobry wieczór.

Zdarza się, że trafiam w sieci na blog gospodarczego lewicowca, po rzuceniu okiem na który zwyczajnie opadają mi ręce i zaczynam wątpić w sens swojego blogowania. Ale po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że być może to właśnie dowód na sens mojego blogowania. Sporo tych ludzi zdaje się mieć otwarte umysły, a takie, a nie inne postrzeganie świata, jest pochodną tego, z jaką argumentacją się zetknęli, a z jaką nie. O ile taki lewicowiec zapewne zna prawicową argumentację pozytywną (ang. positive, chodzi o skupianie się na zaletach Wolnego Rynku) i z jakiegoś powodu ją odrzuca lub akceptuje, ale waży argumenty tak, że etatystyczne przeważają, o tyle często nie dostrzega, co jest nie tak w argumentacji lewicowej, którą przyjął. Piszę więc ten post z nadzieją, że miłośnicy jednego z argumentów przestaną nimi być.


Argumentem, który mam zamiar wziąć na warsztat, jest cytat Elizabeth Warren:

Nie ma w tym kraju nikogo, kto doszedł do bogactwa sam. Nikogo! Zbudowałeś fabrykę – to świetnie. Ale powiedzmy sobie szczerze, woziłeś towary po drogach, za które reszta z nas zapłaciła. Zatrudniałeś pracowników, których wykształcono za nasze pieniądze. Byłeś bezpieczny w swojej fabryce, bo za nasze pieniądze pilnowały cię policja i straż pożarna. Miałeś świetny pomysł, wyszło ci coś cudownego – Bóg z tobą. Weź dla siebie kawałek tortu. Ale częścią umowy społecznej jest to, że resztę oddasz następnemu dziecku, które będzie chciało pójść w twoje ślady.

(źródło, w tym odsyłacze do źródeł polskiego przekładu)

Pierwsze, co się rzuca w oczy w tym cytacie, to to, że cała ta argumentacja jakoś tak demagogicznie brzmi (robiłeś X, korzystając z Y, za które wszyscy zapłaciliśmy), ale ja jestem ze szkoły, która uważa, że zarzut demagogii trzeba udowodnić, a nie obronić się przed nim.

To przejdźmy do konkretów: argument z rodziny „korzystałeś z czegoś, za co zapłaciliśmy wszyscy w podatkach” sam z siebie ma kilka wad.

O etycznej stronie nie ma co się rozpisywać: „obrabowałem Wam chałupy, za zebrane pieniądze postawiłem Wam latarnie, płaćcie mi za dostarczane przez nie światło” to oczywisty bandytyzm, zwłaszcza w sytuacji, w której nawet nie mogę sobie dostarczyć światła z innego źródła, ale przekonany lewicowiec nie uzna tej sytuacji za analogiczną.

Znacznie gorszą wadą tego argumentu jest postawienie tezy po stronie założenia. Jest to zrobione dość subtelnie i można to przeoczyć, ale jak się człowiek zastanowi, to można tę argumentację sprowadzić do prostego wniosku, że podatki powinny istnieć ponieważ istnieją. Jeśli uzasadnieniem istnienia podatków jest istnienie podatków, to logicznie nie uzasadniliśmy niczego. Równie dobrze możemy dziś znieść podatki, a jutro powiedzieć, że podatki nie powinny istnieć, ponieważ nie istnieją (i ubrać to w podobne słowa, co w cytacie, wstawiając negacje w odpowiednich miejscach). W ogólności tyczy się to każdej sytuacji, w której jakieś zjawisko, na które człowiek ma wpływ, uzasadnia samo siebie.

Co więcej: kiedyś przecież nie było podatków! W pewnym momencie je wprowadzono, tworząc natychmiast całą rzeszę pokrzywdzonych. Byli nimi wszyscy ci, którzy zostali zmuszeni do finansowania edukacji ludzi, którzy wówczas byli dziećmi, samemu nie korzystając z przywileju bycia w dzieciństwie edukowanymi na koszt innych (o tym, czy przy jakości kształcenia zapewnianej przez programy zunifikowane na poziomie państwowym zasadne jest nazywanie tego „przywilejem” można podyskutować swoją drogą). Nagłe przejście z systemu, w którym istnieją podatki, na system, w którym ich nie ma, na oko powinien również wykreować na podobnej zasadzie rzeszę pokrzywdzonych, ale jakoś trudniej ich wskazać. Dzieje się tak dlatego, że ci, którzy by na tym stracili, to dzieci, które nie zdążyły jeszcze sfinansować niczyjej edukacji. Być może na innych przykładach (emerytury?) dałoby się wskazać realnych poszkodowanych, ale w przypadku ogólnym byłoby to trudne, ponieważ multum państwowych dróg socjalnej redystrybucji dóbr idzie z założenia w jedną stronę: do biedniejszych, którzy nigdy nie oddadzą swoim dobroczyńcom (ani, niekiedy, w ogóle nikomu), albo do młodszych pokoleń, którzy oddadzą nie swoim dobroczyńcom, ale pokoleniom młodszym od siebie.


Być może zresztą to jest jednym z powodów, dla których relacje między rodzicami a dziećmi częściej są napięte niż relacje między dziadkami a wnukami.

A co z tymi, którzy realnie zostali poszkodowani? Cóż, kiedyś ktoś został poszkodowany w drugą stronę, ktoś był beneficjentem tego poszkodowania, może później się to wyrównało, bo sam był poszkodowany, itd., ale być może można ustalić, do kogo się zgłosić po rekompensatę. Pewnie nie można, bo państwo jako twór przejada tyle, że nie ma możliwości oddania wszystkim, co im się należy, ale wówczas jego likwidacja jest warta tego, żeby poszkodować grupy z grubsza losowo dobrane.

Sam deklaruję wsparcie na miarę moich możliwości dla członków tego typu grup jako koszt, który mogę w takiej sytuacji ponieść, uważając go za wart likwidacji instytucji państwa.

Ciekawe jest też to, że cytat powyższy jest używany głównie przez lewicowców, choć właściwie nie ma powodu, żeby wolnorynkowy minarchista nie mógł go użyć: nie da się, biorąc cytatu za dobrą monetę, obronić systemu bezpodatkowego, ale spokojnie można obronić podatek, którego częściami są pogłówne, podymne i łanowe, bez podatku dochodowego. W końcu jeśli wykształciliście pracownika, z którego korzystam, to powinienem płacić proporcjonalnie do tego, z czego korzystam, a nie proporcjonalnie do tego, jak dobrze potrafię tego użyć: dany pracownik powinien kosztować mnie (w sensie podatków, jakie płacę za to, że na koszt społeczeństwa został wykształcony) dokładnie tyle samo, niezależnie od tego, jak duży zysk zapewni mi jego zatrudnienie.


A przy okazji w dzisiejszych czasach można robić naprawdę ogromne pieniądze, startując od genialnego pomysłu, który nie wymaga wożenia czegokolwiek po drogach i zatrudniania kogokolwiek. Tak przecież powstała firma Google.

Powiedziałem o podatku dochodowym jako rodzaju podatku, który sam z siebie nie jest uzasadniany przez ten cytat. I tu dochodzimy do podstawowego błędu merytorycznego w tym cytacie, jakim jest błędna identyfikacja dochodu.

Otóż Autorka cytatu najwyraźniej swój metaforyczny tort potraktowała jako dochód. Tort, gotowy produkt pracy zatrudnionych pracowników jeżdżących po gotowych drogach ochranianych przez opłacaną policję, jest potraktowany jako dochód, który należy teraz opodatkować, żeby opłacić tych pracowników, te drogi, tę policję, i tak dalej.

Tymczasem tort jest przychodem.

Pracownik wykonujący ten tort dostał pieniądze za swoją pracę. Pieniądze, na jakie się zgodził, znając swoją wartość, ocenioną na podstawie swojego wykształcenia na zapotrzebowań rynkowych i uwzględniającą wszystkie podatki, jakie będzie musiał zapłacić. Pieniądze, na które obecny właściciel tortu się zgodził i je zapłacił, pokrywając wartość tego wykształcenia i tych podatków, które mają owo wykształcenie zrekompensować. Za drogi i ochronę można płacić zależnie od użytkowania (o ile w ogóle z punktu widzenia przedsiębiorcy policja, która może go aresztować za niepłacenie podatków, zwiększa jego poczucie bezpieczeństwa), nawet jeśli w formie podatków, to w zupełności wystarcza tutaj podymne i łanowe. Od tego, że zrobiłem tort dwa razy bardziej wartościowy niż konkurent, bo wymyśliłem nieszablonowy przepis, wartość (a tym samym cena) ochrony policyjnej nie wzrosła dla mnie dwukrotnie. Owszem, gdy już zarobię te pieniądze, będę miał dwa razy więcej do stracenia, czego można użyć jako uzasadnienia podatku od kapitału, ale nie od dochodu!

Niemniej: osobiście po prostu zawieram z firmą ochroniarską umowę, według której oni odpowiadają do wysokości szkód, jeśli mnie nie ochronią. Rynek w praktyce weryfikuje takie żądania degresywnie, a nie progresywnie, jak chcieliby socjaliści (całkiem słusznie zresztą: ochrona jednego sejfu z miliardem dolarów jest tańsza niż ochrona tysiąca sejfów z milionem dolarów każdy), a ja mogę wybierać w agencjach ochrony i mam opcję całkowitej rezygnacji z ochrony, więc nawet podatku nie ma.

Kwestia osobistego bezpieczeństwa powinna po prostu pozostać osobista.

Krótko mówiąc: tort to przychód, którego uzyskanie wymagało od przedsiębiorcy poniesienia pewnych kosztów. Jeśli jest wart więcej niż te koszty, cała różnica jest wyłącznie kwestią tego, co zrobił ów przedsiębiorca. W różnicy państwo nie miało już żadnej zasługi, nie jest więc uprawnione do partycypowania w zyskach z niej płynących, a już na pewno nie z powodów podanych w cytacie.

Napisałem w tytule o ołówku. Polecam przeczytać esej „Ja, ołówek„, napisany niegdyś przez Leonarda E. Reada. Esej o tyle ciekawy, że potwierdza pierwsze zdanie cytatu Elizabeth Warren, które akurat jest prawdziwe, i wywodzi z niego wolnościowe wnioski.

Tezą eseju jest, że nikt na świecie nie wie, jak zrobić ołówek od zera, natomiast ja pragnę zwrócić uwagę na coś innego: to nie przeszkadza ludziom w produkowaniu ołówków i nie jest do tego potrzebne państwo, które w żaden szczególny sposób produkcji ołówków nie wspiera.

Rynek jest odpowiedzią na wszystkie problemy.

To rynek koordynuje wiedzę, umiejętności, zasoby i pracę milionów (nie przesadzam: milionów!) ludzi, którzy na ogół nie znają się wzajemnie, konieczne do tego, żeby powstał zwyczajny ołówek, a także strukturę wynagrodzeń taką, żeby wszyscy ci ludzie zgodzili się dzielić swoją wiedzą, umiejętnościami i zasobami oraz świadczyć tę pracę dla uzyskania końcowego efektu. Żaden ołówek świata nie wystarczy, żeby napisać nim nazwiska wszystkich ludzi, którzy przyczynili się do jego powstania.


I wszystko skoordynował rynek. Państwo do niczego nie było tu potrzebne, bo nawet jeśli ludzie musieli wykazać wiedzę na jakiś temat i gdzieś ją zdobyć, to pierwotnie tę wiedzę zdobył jakiś człowiek nie od państwa i nie od innego człowieka, a samodzielnie. Państwo jest tutaj jedynie pośrednikiem, i to niemiłosiernie drogim, nieefektywnym i posługującym się mafijnymi metodami.

Jeśli mimo istnienia państw miliony ludzi z całego świata (w tym: z otwarcie wrogich sobie nawzajem państw) umieją skoordynować swoje działania i zrobić ołówek, to bez państw tym bardziej sobie poradzą.

Do napisania za tydzień. Miłego tego, co zostało z weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *