Totalitaryzacja małymi krokami

Dobry wieczór.

Małe dzieci się traktuje totalitarnie. Takie całkiem małe: nie pozwala im się samodzielnie podjąć żadnej decyzji w obawie, żeby nie zrobiły krzywdy sobie lub komuś. W miarę, jak rosną, ten totalitaryzm się luzuje, aż do momentu, w którym staną się dorosłe, po czym na nowo się go zaciska, tyle że znacznie subtelniej.


Mimo mojego wolnościowego nastawienia jestem w stanie zrozumieć (i nawet poprzeć co do zasady) stawianie pewnych nieprzekraczalnych granic. Jestem nawet w stanie zrozumieć (choć nie poprzeć), gdy ktoś stawia te granice w niewłaściwych moim zdaniem miejscach, uzasadniając to troską o coś, o co troszczyć się nie należy. Na przykład o to, żeby dorosły nie skrzywdził sam siebie. Dorosły to nie jest dziecko, powinien dawno mieć zluzowane już tego typu więzy.

Ale powiedzmy, że ktoś twardo mówi, że narkotyków trzeba zakazać. Niech będzie. Nie poprę tego, ale mogę z tym podyskutować i do pewnego stopnia uszanować.

Natomiast koncepcja rozmywania granic na wszelki wypadek jest mi kulturowo tak obca, że nie jestem w stanie jej ani zaakceptować, ani zrozumieć, ani uszanować.

Weźmy przykład. A nawet dwa. Pierwszy: mowa nienawiści. I drugi: torturowanie zwierząt.

Na pytanie, czy jedno i drugie powinno być legalne, padają różne odpowiedzi i nawet wewnątrz środowiska libertarian nie ma tutaj jedności. Różne są też uzasadnienia tych odpowiedzi, po obu stronach jest sporo argumentów jak najbardziej do zaakceptowania (i do wyważenia, bo nie sposób zdecydować się jednocześnie na tak i na nie).

Ale po stronie przeciwników często pojawia się jeden argument, którego przetrawić nie mogę: powinno być nielegalne, bo stąd już tylko krok do robienia krzywdy ludziom.

Ja się zgadzam zarówno z oceną odległości, jak i z tym, że robienie krzywdy (w postaci przemocy fizycznej, co tu jest w domyśle) ludziom jest nie do zaakceptowania. To jest po niewłaściwej stronie ostro zarysowanej granicy.


Ale skoro jesteśmy od tego nawet tylko o krok, to jeszcze nie znaczy, że nie jesteśmy jeszcze po właściwej stronie granicy. Może tak, wtedy nie ma sensu zakaz, może nie, wtedy należy podać inny argument. Ten argument jest po prostu głupi. Możemy być dowolnie blisko przekroczenia granicy karalności, ale karalność powinna jasno, zerojedynkowo zależeć od tego, czy ją przekraczamy czy nie przekraczamy.

Wyobrażają sobie Państwo, że w piłce nożnej sędzia uznaje bramkę, bo piłka wyszła w boisko po odbiciu się od dwóch słupków, a więc była tylko o krok od wpadnięcia?! Tu sytuacja jest podobna.

Nie mówię, że zawsze ocena będzie jednoznaczna. Żeby zostać przy piłce nożnej, będą zdarzać się przypadki takie, jak kontrowersyjna bramka Geoffa Hursta z dogrywki meczu o Mistrzostwo Świata w 1966 roku. Życie jest zbyt złożone na to, żeby ich nie było. Ale problemem jest złożoność życia. Granice były ostro zarysowane w przepisach, jedyny problem, natury czysto technicznej zresztą, polegał na ocenie, czy w konkretnej sytuacji zostały one przekroczone, czy nie. Od tego jest sędzia (podobnie jak w piłce nożnej), który rozstrzyga właśnie takie sporne przypadki.

Natomiast nie powinno być kwestią sporu, gdzie leży granica. Zakazując mowy nienawiści tylko dlatego, że prowadzi ona do przemocy, zachowujemy się tak, jak gdybyśmy zakazywali zbliżania się do przejścia dla pieszych, gdy świeci czerwone światło, bo prowadzi to do nieprzepisowego wtargnięcia na przejście na czerwonym. Zanim się dowiemy, gdzie człowiek się zatrzyma.


I owszem, szybko idący w kierunku przejścia pieszy może natchnąć drugiego, żeby ten wlazł na czerwonym, przekraczając granicę, której by nie przekroczył, gdyby nie ten pierwszy pieszy. Tak samo w przypadku mowy nienawiści może się zdarzyć ktoś, kto uderzy człowieka o innym kolorze skóry tylko dlatego, że ta mowa dała mu bodziec do działania.

To niczego nie zmienia. Dorosły, odpowiedzialny człowiek nie może usprawiedliwiać się tym, że dał się sprowokować. Może będzie to robił w nadziei na złagodzenie kary, ale reakcja na to musi być jednoznaczna: mowa, nawet niemoralna, jest legalna, ubiór, nawet niemoralny, jest legalny, bicie i gwałcenie innych jest nielegalne, nawet jeśli zostało sprowokowane niemoralną mową lub ubiorem, a cała wina spada na bijącego i gwałcącego, bez najmniejszego rykoszetu w kierunku mówcy czy nosiciela ubrań.

I jeśli ktokolwiek odpowiada za to, że jedni ludzie biją innych ludzi pod wpływem mowy nienawiści jeszcze innych ludzi, to nie są to ci od mowy nienawiści, tylko ci wszyscy, którzy dopuścili do takiego rozmycia odpowiedzialności. Ci, którzy dopuścili do tego, żeby ten, kto bije, mógł w ogóle się powoływać na to, że został sprowokowany, bez natychmiastowego sprowadzenia do parteru i uświadomienia, że to bijący jest jedynym odpowiedzialnym.

Oczywiście mowa tu o odpowiedzialności za zjawisko społeczne. Na poziomie jednostkowym odpowiada zawsze tylko bijący.

Śmieszne są tłumaczenia narodowców, że pozdrawiają się rzymskim salutem (o którym nikt tak naprawdę nie wie, jak wyglądał), albo przekazują sobie hinduski symbol szczęścia. Mniej śmieszne jest to, że łagodniej niż pokazanie swastyki traktuje się paradowanie z sierpem i młotem.

Ale tragiczne i smutne jest to, że ci ludzie w ogóle muszą się tłumaczyć z gestów i logotypów, które nawet nie są ilustracjami czy fotografiami jakichś nielegalnych czynów. To po prostu logotypy takich czy innych organizacji.

Tymczasem sama swastyka nigdy nikogo nie zabiła. No, przesadziłem: może jeśli akurat taki kształt miał jakiś shuriken, to zabiła, ale nie dlatego, że była swastyką (już więcej ludzi zabił bezpośrednio sierp albo młot). Zabijali ludzie, używający różnych narzędzi. Odpowiedzialni byli zawsze zabójcy. Nigdy narzędzia, nigdy producenci narzędzi, a już przenigdy ci, którzy po prostu paradują sobie publicznie niosąc flagi z narysowanymi narzędziami.

Bo inaczej w ten właśnie sposób, krok po kroku, będziemy przesuwać granicę, za każdym razem w imię tego, żeby nie znaleźć się zbyt blisko przekroczenia nowej, przesuniętej uprzednio granicy. I jest to najprostsza droga do totalitaryzmu.

Jeśli marzy nam się wolność, to jako mniejsze zło powinniśmy wybrać narrację w drugą stronę: wprawdzie przekroczył granicę, ale tylko troszeczkę, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. Wszedł na pasy, ale tylko o pół metra i tylko jedną nogą.

Ale to też mi się nie podoba. To nie jest dobre, to tylko mniejsze zło.


Najlepiej jest jasno, ostro ustalić granice i twardo się ich trzymać, ograniczając spory do tego, czy w danej sytuacji granica została przekroczona, a nie do tego, jak szeroki ustawić pas graniczny, żeby ktoś przypadkiem nie przekroczył pierwotnej granicy tylko przez to, że lubi balansować na krawędzi.

Linoskoczek nie upada już w momencie rozpoczęcia pokazu.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *