U nas w Marszawie

Dobry wieczór.

Z okazji Święta Niepodległości przez Warszawę przeszły marsze. Nie wiem, ile: liczne były dwa. Z mniej więcej spodziewanymi efektami. Za to niektórym liczbom warto się przyjrzeć.


Zacznijmy może od frekwencji. W obchodach prezydenckich wzięło udział 35 tysięcy osób, w Marszu Niepodległości 40 tysięcy, które później sprostowano na 25 tysięcy. Tyle media głównego nurtu. Co prawda zdjęcia pokazywały, że Marsz Niepodległości zajmował kilkukrotnie większą powierzchnię, ale to mi akurat w niczym nie przeszkadza: wiadomo, że uczestnicy Marszu Niepodległości są wielcy, a z drugiej strony tylko bardzo mali ludzie mogą wciąż popierać naszego obecnego prezydenta.

Załóżmy, że te liczby są prawdziwe. Nawet to 25 tysięcy. Co prawda organizatorzy podawali 60-100 tysięcy, a niższa liczba będzie wbrew mojej dalszej retoryce, ale załóżmy – bo zobaczą Państwo,  że moja retoryka i bez tego będzie mocna.

Oczywiście, nie obyło się bez szkód. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie omieszkała powiedzieć, że miasto straciło 90 tysięcy złotych przez wandali z Marszu Niepodległości, i że ona jest wkurzona. Pewnie, że jest! Też bym był na jej miejscu: taka ładna sumka, żeby w ostatniej chwili kupić sobie czymś głosy wyborców, a tu klops! Co prawda ściągnie się ją zapewne z winowajców, ale to dopiero po wyborach.

No, ironia na bok – powyrywane znaki drogowe, rzuty kostką brukową, race odpalane w miejscach pełnych ludzi, porozbijane butelki i śmietniki mają prawo, a nawet obowiązek, wkurzyć włodarza miasta.

Usłużne media natychmiast to podchwyciły, zgodnie nazywając chuliganami uczestników Marszu Niepodległości. Tak po prostu. Całościowo.

Jeszcze raz, żeby Państwo dobrze przeczytali: dwadzieścia pięć tysięcy osób wyrywało znaki drogowe, rzucało kostką brukową, odpalało race w miejscach pełnych ludzi, tłukło butelki i niszczyło śmietniki, czyniąc szkody na łączną sumę dziewięćdziesięciu tysięcy złotych.

3,60 od łebka.

Małe piwo, chciałoby się rzec, ale to nieprawda: to duże piwo, a przynajmniej duża (0,5 l) butelka Heinekena w pobliskim sklepiej całodobowym, w którym się zaopatruję, kosztuje dokładnie tyle.


I nie radzę wliczać kosztów leczenia rannych policjantów. Bo jeśli zaczniemy liczyć koszty czasu, jaki kierowcy tracą dodatkowo w korku przez Masy Krytyczne, i mnożyć nawet przez najniższą krajową w przeliczeniu na godzinę, to można się obudzić z nie takim znakiem liczby, jaki się chciało osiągnąć.

Mam za to inną propozycję. Mam stare bilety warszawskiej komunikacji miejskiej. Niewykorzystane i niemożliwe do wykorzystania, bo zmieniła się taryfa i minął termin oddawania. Mam 11 złotych zapłaconych miastu i utopionych w kawałkach kartonika, i nie do odzyskania są zarówno te pieniądze, jak i jakiekolwiek usługi wzajemne.

Potraktujcie to, proszę, jako wykupienie przeze mnie trzech pierwszych zadymiarzy, których skażecie. I tak będziecie na tym interesie 20 groszy do przodu. No, może nie będziecie: produkcja kartoników też kosztuje. Ale i tak uważam, że to uczciwa propozycja.

A teraz całkiem serio: poczytałem sobie rozmowę z Wiesławem Witkiem, Dyrektorem Zarządu Transportu Miejskiego.

– Ile rocznie dopłaca m.st. Warszawa do komunikacji publicznej, w tym do metra?


– W ubiegłym roku na zakup usług komunikacyjnych Warszawa wydała ok. 2,248 mld zł z czego na zakup usług w metrze 318,2 mln zł. Plan na rok bieżący przewiduje 2,698 mld zł. Natomiast ogólny poziom pokrycia wydatków na usługi przewozowe wpływami z biletów to ok. 33 proc.

A teraz liczymy. Wpływy z biletów to jakieś 900 milionów złotych. Bądźmy łaskawi: załóżmy, że drugie tyle miasto zarabia na reklamach. Choć jestem pewien, że nie zarabia aż tyle. Wychodzi na to, że musi dopłacać do tego interesu 900 milionów złotych rocznie. To dane za 2014 rok (w wywiadzie nie znalazłem dokładnej daty, ale analiza innych odpowiedzi dowodzi, że przeprowadzono go w 2014 roku).

To trochę ponad 100 tysięcy złotych na godzinę.

Tak, dobrze Państwo przeczytali: rok ma niecałe 9000 (dokładnie: 8760, przestępny 8784) godzin.

Bandziorzy, którzy wyrywają znaki drogowe, rzucają kostką brukową i niszczą kosze na śmieci, i których jest za dużo, żeby pomieścił ich wszystkich jednocześnie Most Poniatowskiego na całej długości swojego przęsła, potrzebują kilku godzin na spowodowanie takich strat, jakie inni „bandziorzy”, po prostu jeżdżąc warszawską komunikacją miejską, powodują w ciągu niecałych pięćdziesięciu trzech minut! I to każdych 53 minut: świątek, piątek, środek nocy.

Nie przemawia do wyobraźni? To w drugą stronę: podwyżka cen biletów o jeden procent wystarczyłaby do tego, żeby pokryć straty wywołane Marszem Niepodległości w ciągu pół tygodnia z samej tej podwyżki!

Wystarczy?

To teraz, żeby było jeszcze śmieszniej: wcale nie trzeba tych cen podnosić! Miasto finansuje deficytową komunikację wpływami między innymi z podatków, bo jest ich beneficjentem. Prywaciarz takiego luksusu nie ma, wręcz przeciwnie: on musi wyjść do przodu po zapłaceniu podatków. A mimo to prywaciarzom opłaca się wozić ludzi na trasie Warszawa-Otwock taniej niż ZTM i jeszcze na tym zarabiać, podczas gdy ZTM ledwo wyrabia jedną trzecią kosztów na biletach. I nawet nie mają pooblepianych autobusów reklamami.

Wystarczy podpatrzeć, jak robią to firmy prywatne!

Może po prostu wystarczy zmniejszyć ceny biletów na Dworzec Zachodni, a zwiększyć na Olesin? Nie wiem, to pierwsza propozycja. Może nie do przyjęcia, może ktoś uważa, że należy zaspokajać potrzeby społeczne, nawet jeśli są rynkowo nieuzasadnione (czytaj: deficytowe), i że jedną z nich jest skomunikowanie z centrum Warszawy peryferiów, gdzie socjalista mówi „dobranoc”. Tak?

Przyjmijmy. Ale Marsz Niepodległości to demonstracja, która też zaspokaja ogromną potrzebę społeczną. Inaczej by się przecież nie odbywała, bo kto i po co miałby na nią chodzić? Przecież nikt na tym nie zarabia. Chyba możemy na konto jednej takiej potrzeby przeznaczyć rocznie kwotę, którą na konto innej takiej potrzeby przeznaczamy w ciągu niecałej godziny, co? Jest „godzina dla Ziemi”, to może być też „godzina dla Marszu Niepodległości”.

Konkursu, o którym pisałem tydzień temu, nie ogłoszę, bo odzew na moje pytanie był dosłownie żaden. Trudno. Chciałem ogłosić konkurs, w którym pojedynczą nagrodą byłoby tyle satoshi, ile głosów zdobędzie w niedzielę Przemysław Wipler, pomnożone przez dziesięć, a liczba nagród miała odpowiadać liczbie kandydatów wyprzedzonych przez Przemysława Wiplera w liczbie głosów i dodatkowo podwojona, gdyby dostał się do drugiej tury, z założeniem, że wygrywają autorzy pierwszych komentarzy z poprawnymi adresami bitcoin, które pojawią się pod wpisem po ogłoszeniu oficjalnych wyników.

Ale nie ogłoszę, bo nie potrzeba mi problemów prawnych.


Co w niczym nie zmienia mojego pozytywnego nastawienia do przyjmowania bitcoinów.

Gruzja-Polska 0:4. Z przebiegu gry zwycięstwo zasłużone, rozmiar nie. Ale nie narzekam. Mam nadzieję, że po niedzielnych wyborach również nie będę narzekał.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *