Ułamek morderstwa

Dobry wieczór.

Zacznę od przeprosin: wiem, że tytuł notki brzmi jak tytuł znakomitego kryminału. Jako miłośnik znakomitych kryminałów przepraszam więc, że nim nie jest.


Czasem spotykam się z pytaniem, jak to jest, że jestem libertarianinem, czyli na pierwszym miejscu stawiam wolność, przymiot dość ludzki, w dodatku reprezentuję antropocentryczny nurt libertarianizmu, a z drugiej strony moja ideologia wykazuje dość lekceważący stosunek do ludzkiego życia? (W rzeczywistości tak nie jest: ludzkie życie, podobnie jak ludzką własność, otaczam czcią i honorami; najwyraźniej lekceważący stosunek do życia to taki, który stawia go na podobnej płaszczyźnie z własnością, niezależnie od tego, jak daleki od lekceważenia jest stosunek do własności)

Jedni ludzie żyją dłużej, inni krócej. Jakoś tak się przyjęło, żeby mierzyć to w latach, bo to wygodne. Ja jednak osobiście zamiast liczby lat wolę sumę wartości doświadczeń. Nie „mierzę” nią, bo to żadna miara: nie ma jednostki i nie istnieje sposób dokonania pomiaru. Niemniej, przekładając to na zwyklejszy język, zamiast porównań „kto żył dłużej” wolę porównania „kto przeżył więcej”.

Przy czym przeżywać można zupełnie różne rzeczy, z których inni mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, na przykład piękny sen. Dodatkowo czas płynie w jedną stronę, a przeżycia mogą powodować zmniejszenie sumy wartości doświadczeń: mogą być przykre, wymazywać pamięć, itd.

Jeszcze jedną ważną różnicą między czasem i doświadczeniami jest ta, że doświadczenia z przeszłości mamy, a czasu odzyskać nie możemy.


Być może właśnie z tego powodu operowanie doświadczeniami powoduje, że nie lubię sformułowania o odbieraniu człowiekowi życia. Większość morderstw, z wyjątkiem tych dokonanych w pierwszych tygodniach po zapłodnieniu, nie odbiera człowiekowi życia. Odbiera mu ułamek życia: tę część doświadczeń, której nie zdołał doświadczyć przez to, że padł ofiarą mordercy.

Nigdy nie wiemy, ile tego jest, ponieważ nikt nie ma niczego, do czego mógłby wiarygodnie porównać własne istnienie. Nie wiemy nawet, czy doświadczenia, których człowiek jest pozbawiony, są per saldo negatywne czy pozytywne. Wiemy to, że niczego więcej już nie doświadczy.

To właśnie (jeśli nastąpiło z premedytacją) nazywam morderstwem, choć w myśl obiegowej definicji „morderstwa” ja powinienem to nazwać raczej „ułamkiem morderstwa”.


Bynajmniej nie chodzi tu o to, żeby morderców jakoś relatywizować i np. twierdzić, że morderca staruszki jest trochę mniejszym złoczyńcą niż morderca dziecka, ponieważ pozbawił mniej doświadczeń. Po pierwsze (i mało ważne): morderca modyfikuje, na ogół na minus, sumę doświadczeń bliskich ofiary. Ale po drugie, znacznie ważniejsze, człowiek to jednostka a nie element statystyki. Jeśli nie pozwoliliśmy 80-latce i 6-latkowi dożyć swoich dni, to nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, kogo pozbawiliśmy większej wartości.

Nie ma zresztą takiej potrzeby.

To po co to w ogóle piszę? Po to, żeby uzasadnić tezę, że pozbawianie człowieka dobrych doświadczeń albo fundowanie mu złych jest również ułamkiem morderstwa. Zabierasz człowiekowi część jego życia, tego, co stanowi wartość tego życia. Nie zabierasz „wszystkiego”, co jeszcze przed nim, umożliwiasz nadrobienie strat, może nawet z nawiązką. Ale może być też tak, że zaczynasz spiralę strat. I jeśli człowiek przez to będzie miał o 25% gorsze doświadczenia niż bez tego (oczywiście: nigdy się o tym nie dowiem), to choćby żył o 20 lat dłużej (czego również się nie dowiem), twierdzę, że zabrałeś mu ćwierć życia.

A po co to wszystko, skoro tego się nie dowiem?

Dlatego, że pewne inne rzeczy wiem. Na przykład wiem, że codzienność wielu ludzi składa się z prozaicznych czynności, które wypełniają taką część życia każdego człowieka, że mogą z dobrym przybliżeniem reprezentować sumę doznań przez czas, jaki zajmują. Każdy musi spać, co jakiś czas iść do kibla, czasem go boli, a niekiedy je, choć nie chce, bo musi albo nie ma kiedy indziej, ale są codzienne przyjemności powodujące, że jednak chce się żyć, a przynajmniej nie chce się umierać: poranna gazeta przy kawie, gra w szachy z dzieckiem, itd. Można przyjąć, że wiele takich przyjemności, nieprzesadnych, ale i nie przykrych, składa się na podobną sumę doznań, co zwykłe życie o długości równej sumie długości tych przyjemności. To założenie obarczone jest ogromnym marginesem błędu, ale i tak wydaje się sensowne.

Ludzkie życie trwa około 650000 godzin. Zabierz człowiekowi minutę reprezentatywnego doświadczenia, a popełnisz ułamek morderstwa, ale tak znikomy, że zapewne zostanie Ci to wybaczone. Zabierz 39000000 minut, a zamordujesz całego człowieka.

Zabierz ludziom łącznie 39000000 minut, a popełnisz ekwiwalent jednego, pełnego morderstwa na człowieku, który miał przed sobą dosłownie całe ludzkie życie.


Zabierz każdemu z 39000000 ludzi po jednej minucie życia, a jesteś mordercą.

Proszę sobie przypomnieć te słowa, wypełniając w tym roku PIT pod groźbą pozbawienia wolności i związanej z nią sumy doznań na kilka lat, a także robiąc lub unikając robienia wielu innych rzeczy tylko ze względu na groźby ze strony etatystycznych morderców (choćby jadąc 60 km/h tam, gdzie warunki spokojnie pozwalają 90).

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Ułamek morderstwa”

  1. Generalnie masz dobre wpisy, ale ten jest wręcz genialny. Jak dobry kryminał.
    Dodałbym, że każda minuta życia człowieka to też zmiana, być może zubożenie doświadczeń jego bliskich. Zamiast wypełniać PIT-a ktoś może mógłby minutę dłużej pobawić się z dzieckiem.
    A ile życia odbiera przymus edukacyjny? To jest dopiero materiał klasy gore…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *