W oparach demokracji

Dobry wieczór.

Za nami losowanie numerów list wyborczych do Parlamentu Europejskiego. Przed nami zaś same wybory. Będzie to, rzecz jasna, głupota, jak każda procedura demokratyczna, ponieważ nie istnieje racjonalny system podejmowania grupowych decyzji, nawet jeśli każdy wyborca z osobna ma spójny system preferencji, co w świecie rzeczywistym zachodzi rzadko. I nie, żadna manipulacja ordynacją, cenzusem, progami wyborczymi czy metodami przeliczania głosów na mandaty nie pomogą: albo mamy dyktaturę, albo mamy burdel. To zostało udowodnione.

Jednak nawet Condorcet i Arrow nie przewidzieli takiego kuriozum, jakie czeka nas w nieodległej przyszłości.


Czeka nas pozornie niewinna (jak na demokrację, rzecz jasna) rzecz: wybory do Parlamentu Europejskiego. Ot, wybory jak wybory. Mamy strefę szalejącej demokracji, kadencyjność, to nic dziwnego, że czasem się zdarzają. Co w nich więc takiego szczególnego? To, że będą niesłychanie istotne dla kształtu polskiej sceny politycznej, choć są wyborami do niepolskiego ciała, które bardzo niewiele może.

Sporo ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, zwłaszcza, że zaczyna do nich pomału docierać, iż podpisując Traktat Reformujący III RP straciła suwerenność. Obecnie ponad połowa zmian w polskich przepisach produkowana jest w Brukseli, zgoda. Ale nie w Parlamencie Europejskim.

Dlaczego więc dla kształtu polskiej sceny politycznej te wybory będą takie ważne?

Dlatego, że przed nami ze względu na układ kalendarza istny maraton wyborczy. W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy czekają nas cztery kolejne głosowania, z czego wybory za miesiąc będą pierwszymi po długiej przerwie. Będą one zatem stanowiły swego rodzaju papierek lakmusowy przed następnymi wyborami (tym razem do ciał lokalnych, które mogą dużo więcej), a co ważniejsze, będą stanowiły znakomity punkt wyjścia do kampanii przed kolejnymi wyborami (bo, jak wiadomo, typowy wyborca nie czyta programu partii i jeśli nie jest częścią tzw. żelaznego elektoratu którejś partii, to lubi sobie czasem zagłosować „pod sondaż”, żeby potem ucieszyć się, że „obstawił zwycięzcę”).

Z tego punktu widzenia startujących można z grubsza podzielić na cztery grupy.

Duże partie parlamentarne

PiS i PO. Realnie nikt inny nie liczy się w walce o pierwsze miejsce. Ktokolwiek wygra, sporo zyska wizerunkowo. Przypomnijmy, że w ostatnich wyborach parlamentarnych PO osiągnęła absurdalnie wysoki wynik i wielu obserwatorów sceny politycznej, w tym niżej podpisany, jest zdania, że gros tych głosów to żelazny elektorat negatywny Jarosława Kaczyńskiego. „Dokonania” Sejmu obecnej kadencji trudno jednak „przecenić”, a w dodatku (już bez specjalnej swojej winy) obecnie rządzący zostali wkręceni w tajfun kryzysu o zasięgu ogólnoświatowym obejmującym większość demokratycznych państw świata (ciekawa rzecz: państwa niedemokratyczne jakoś ominął). Może się nagle okazać, że Donald Tusk zamienił się z Jarosławem Kaczyńskim rolami i teraz to PiS zanotuje absurdalnie wysoki wynik, którego wyraźną częścią będą głosy oddane w imię odsunięcia od władzy Tuska.


Nawiasem mówiąc, osobiście sądzę, że taki stan rzeczy nie przeszkadza ani Kaczyńskiemu, ani Tuskowi. Każdy z nich już dawno utonąłby w odmętach politycznego niebytu, gdyby nie spory negatywny elektorat tego drugiego.

Zaznaczyć przy tej okazji warto, że zbyt wysokie zwycięstwo nad rywalem może okazać się iście pyrrusowe. Jako się już bowiem rzekło, Parlament Europejski nic nie może, a ludzie o tym nie wiedzą. Z pierwszego wynika, że od zwycięstwa PiS/PO nie zacznie im być nagle lepiej (zresztą gdyby Parlament Europejski naprawdę miał jakieś sensowne kompetencje, to mogłoby być tylko gorzej). Z drugiego zaś, że będą za to obwiniać zwycięzcę. No bo jak to: wygrali, minął miesiąc, a nam nie jest lepiej?! Przy niskim zwycięstwie łatwiej powiedzieć, że chcieliśmy, tylko rywal przeszkadzał. Bo oczywiście argument, że sama Polska, choćby składała się wyłącznie z posłów jednej partii, niezbyt wiele w europejskiej skali znaczy, do prostego ludu raczej nie trafi.

Małe partie parlamentarne

PSL, SLD i Ruch o zmiennych doklejkach do nazwy („Narodowy” się nie liczy). Z nich wszystkich tylko SLD może być niemal pewien przekroczenia progu. Z kolei PSL może na stosunkowym luzie podejść do wyborów, bo specyfika elektoratu tej partii powoduje, że nawet niedostanie się do Parlamentu Europejskiego nie musi okazać się klęską w kontekście polskich wyborów.

Generalnie każda z tych partii stara się przedstawić jako najsensowniejsza alternatywa dla oligopolu stworzonego przez PO i PiS, i jednocześnie jako ta jedyna, która ma szansę przetrwać. I rzeczywiście, jeśli SLD lub palikociarnia nie wejdzie do PE, to nie przetrwa. Przy czym SLD to nie grozi, ale Palikotowi z przyległościami owszem.


Tu warto zauważyć, że Janusz Palikot po prostu zmarnował szansę, jaką dało mu zagospodarowanie w ostatnich wyborach lwiej części elektoratu protestu (również dzięki temu, że Janusz Korwin-Mikke, który był jego głównym rywalem do tego elektoratu, nie zarejestrował list w całej Polsce). Okazało się, że elektorat protestował, ale nie przeciwko klerowi, bo elektorat ma pilniejsze problemy na głowie.

Na wpół parlamentarne twory

Partie formalnie pozaparlamentarne tworzone przez posłów, którzy opuścili partie, z ramienia których dostali się do Sejmu, a przy tym zrzeszające sympatyków spoza parlamentu. Należą tu Solidarna Polska i Polska Razem Jarosława Gowina.

Dla tych partii, a przede wszystkim dla ich liderów, wybory będą sprawdzianem możliwości utrzymania się na scenie politycznej bez pleców w postaci mocarzy, od których się odłączyli. Jeśli wejdą do PE, mają szansę na zbicie sporego kapitału politycznego przed kolejnymi wyborami, jeśli nie, cóż: łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Osobiście nie wróżę tym ugrupowaniom przyszłości, co nie zmienia faktu, że Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin to całkiem cwani politycy i im się wielka krzywda nie stanie.

Przy okazji ciekawa, ważna obserwacja: i z tych partii, i z partii wymienionych w poprzednim punkcie, startują osoby będące aktualnie posłami na Sejm Rzeczypospolitej. Poseł w Polsce może znacznie więcej niż w Parlamencie Europejskim. Pobiera za to jednak znacznie mniejsze uposażenie. A funkcji tych nie wolno ze sobą łączyć. Warto o tym pomyśleć i zastanowić się nad tym w kontekście tego, o co kandydatom naprawdę chodzi: o władzę jako narzędzie poprawy naszego losu, czy o pieniądze jako narzędzie poprawy własnego losu? Mowa tu zwłaszcza o obecnych posłankach i posłach SLD, PSL i Twojego Ruchu, bo „ziobryści” i „gowinowcy” mogą przynajmniej udawać, że po rozbracie z macierzystymi partiami muszą stawiać wszystko na jedną kartę, bo alternatywą jest całkowity polityczny niebyt.

Pozaparlamentarne partie

Zarejestrowały się dwie: Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikke (podaję oficjalną nazwę, choć nie wiem, czemu nie „Mikkego”) oraz Ruch Narodowy. Co ciekawe, obie eurosceptyczne, a co jeszcze ciekawsze, jedyne eurosceptyczne w tym zestawieniu. Dla nich te wybory są bardzo ważne, bo pozwolą na polski głos niechęci wobec UE w Europie, głos, którego póki co próżno szukać w polskim Sejmie.

Ruch Narodowy ma szansę pokazać, że idea zjednoczonej Europy w wydaniu proponowanym obecnie przez Brukselę znacząco różni się od tego, co rozumieją Polacy, gdy ich spytać, z kim czują jedność. Może też pokazać, że polscy uczestnicy Marszu Niepodległości wcale nie są mniej reprezentatywni dla narodu jako całości niż taki, powiedzmy, ukraiński Majdan. Problemem RN jest jednak to, że ma wewnątrz siebie frakcje socjalną i liberalną, a ponieważ Polakom żyje się ostatnio zwyczajnie coraz biedniej i jedni obarczają za to zbytnie regulacje państwowe, a inni zbyt małą interwencję państwa w gospodarce, więc taki stan rzeczy w naturalny sposób buduje partii silniejszy elektorat negatywny z obu stron niż elektorat pozytywny.

Inaczej sprawa się ma z Kongresem Nowej Prawicy, którego lider od kilkudziesięciu lat konsekwentnie mówi to samo i w dobie kryzysu, po zmarnowanej szansie Palikota, ma realną szansę przejąć elektorat protestu i po raz pierwszy od wprowadzenia progów wyborczych zaistnieć w polityce (za tydzień o tym, dlaczego tak się dzieje mimo tego, co Korwin-Mikke pisze o Hitlerze, niepełnosprawnych, itd.). Jeśli się to uda, Korwin-Mikke pozbędzie się głównej bolączki trapiącej go przez ostatnie lata, jaką była jego nieobecność w mediach głównego nurtu, bo po prostu nie będzie się dało nie zauważać polityka pokroju Nigela Farage, ale znacznie bardziej zdecydowanego i twardo obstającego przy swoim, jeśli chodzi chociażby o kwestie praw homoseksualistów. Co najzabawniejsze, Nowa Prawica niczym szczególnym nie ryzykuje, ponieważ nawet jeśli nie przekroczy progu wyborczego, nie będzie to powodem do drastycznego spadku poparcia. Przy obecnym klimacie nieosiągnięcie progu wyborczego jest możliwe właściwie wyłącznie wtedy, gdy elektorat protestu się rozmyje, a to oznaczać będzie, że głosy KNP pochodzą od twardego elektoratu, który nawet nie bardzo ma gdzie je przerzucić: Gowin jest za mało eurosceptyczny, Ziobro zbyt socjalny, Partia Libertariańska jeszcze na dobre w polskiej polityce nie istnieje, a Ruch Narodowy ma z powodów wymienionych powyżej w KNP raczej elektorat negatywny niż pozytywny (i to się nie zmieni, dopóki RN nie rozbije się na dwie partie według linii biegnącej wzdłuż poglądów gospodarczych).

Osobista rekomendacja Skorpiona: Kongres Nowej Prawicy

Unia Europejska to kolos na glinianych nogach. I dla niej, i dla Polski lepiej, żeby związek III RP z UE się rozluźnił. Być może nawet podział UE na dwie części i faktyczna realizacja Europy dwóch prędkości, którą do tej pory traktowano jako groźbę, byłby całkiem niezły. Tak czy inaczej przydałoby się, żeby ktoś wreszcie zaczął to unaoczniać również ludziom w Polsce.

Jeśli chodzi o wybór personalny, ja będę głosować w okręgu numer 4, w Warszawie, i zagłosuję na Joannę Krzysztofik (w uproszczeniu: za ten wpis). Jeśli chodzi o inne regiony, nie znam zbyt wielu kandydatów. Z tych, których miałem okazję lepiej lub gorzej poznać, rekomenduję:


Pomorze: Artur Dziambor.
Mazowieckie: Izabela Reduch.
Podkarpackie: Artur Mryczko.

No i, oczywiście, lidera we własnej osobie, który jest jedynką na Śląsku.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

3 myśli nt. „W oparach demokracji”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *