Wałęsanie się w czasie

Dobry wieczór.

Ech, te dzisiejsze podróże w czasie… Z szafy trupa powypadały inne trupy, po czym żona tego pierwszego obudziła demony przeszłości, choć tak naprawdę nie dowiedzieliśmy się jak dotąd niczego, czego rozsądny człowiek by nie podejrzewał, łącznie z tym, kto i jak zareaguje na wiadomość, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem służb PRL.


Lech Wałęsa nigdy nie był „moim” prezydentem, bo większości jego posunięć nie akceptowałem, ale to samo akurat można powiedzieć o każdym dotychczasowym prezydencie III RP. Nawet Andrzej Duda, który rozbudził nadzieje zawetowaniem ustawy o uzgodnieniu płci, zaczął potem kolejnymi podpisami te nadzieje rozwiewać (ostatnio: 500 złotych na dziecko). Inna sprawa, że nikt nie posunął się tak daleko, jak Wałęsa, którego marzeniem było oddanie władzy w 40-milionowym państwie związkowi zawodowemu.

Nie da się przy tym ukryć, że Wałęsa to symbol rozpoznawalny na całym świecie, laureat Pokojowej Nagrody Nobla i przez to dla wielu autorytet tak silny, że jakakolwiek, choćby merytoryczna, próba jego podważenia będzie jak grochem o ścianę.

Był kiedyś taki dowcip. W ZSRR zbudowano nowy superkomputer. Testują go zagraniczni dziennikarze akredytowani w Moskwie.
– W którym kraju produkuje się najwięcej stali?
– W ZSRR – wyrzuca odpowiedź komputer.
– W którym kraju produkuje się najwięcej energii elektrycznej?
– W ZSRR
– W którym kraju ludzie żyją najbiedniej?
– … a u was to Murzynów biją!

Gdyby to był dowcip o tym, jak wygląda „dyskusja” na temat Lecha Wałęsy po wyciągnięciu teczek z szafy Kiszczaka, mógłby zostać przedłużony na przykład tak:

– A u was biją Murzynów!
– Nieprawda.
– To popatrz, nagrałem!
– No dobra, biją, ale nie za mocno, tylko niektórych i nie za kolor skóry!

Ale żarty na bok. Ludzie przypisują Karolowi Wojtyle i Lechowi Wałęsie nieocenione zasługi dla upadku komunizmu w Polsce (i w ogóle). Co prawda moim zdaniem Zimnej Wojny nie wygrał ani Wojtyła ani Wałęsa; wygrali ją Kennedy, Carter i Reagan. A jeszcze prawdziwiej byłoby powiedzieć, że oponent przegrał, a oni mieli szczęście siedzieć na przeciwko. ZSRR przegrał bo przegrać musiał przy założonym modelu gospodarczym, wyżej wymienieni (łącznie z Polakami) mogli najwyżej przyspieszyć nieuniknione. Tyle że Wałęsa wcale nie zamierzał tego modelu jakoś drastycznie zmieniać, a na pewno nie zamierzał z niego wykorzeniać tego, co było przyczyną zimnowojennej porażki ZSRR.


No ale przekonanie jest, autorytet jest, stąd rozmowy wyglądają jak wyglądają.

Jeśli zaś chodzi o mnie osobiście, to przy całej swojej niechęci do Wałęsy z jego robotniczym programem i – co tu dużo mówić – nieokrzesaniem, które prezydentowi dużego państwa nie przystoi, nie mam najmniejszego problemu z tym, że współpracował. I mogę powiedzieć to w ciemno, nie znając zawartości tych teczek. Nie mam z tym problemu, bo czasy były takie, że jak służby sobie kogoś upatrzyły, to współpraca niekoniecznie była kwestią wyboru.

Problem mam z tym, że nie przyznał się do tego, budując na kłamstwie dwie kampanie prezydenckie, z których jedną wygrał, a drugą przegrał o mały włos. Zważywszy, że w kraju o takiej a nie innej historii przyznanie się we wczesnych latach 90-tych do współpracy praktycznie równało się skazaniu na polityczny niebyt, bardziej bolą mnie pierwsze wybory, bo wówczas alternatywą był Stan Tymiński, którego chętnie bym widział jako prezydenta. Bardziej nośne w temacie kłamstwa są jednak drugie wybory. Pamiętacie, jaka rozpętała się burza i ile było protestów, gdy się okazało, że Kwaśniewski skłamał w sprawie swojego wykształcenia? Skłamał karygodnie, ale moim zdaniem o wiele bardziej niewinnie niż Wałęsa, ukrywając swoją przeszłość?

(Bardziej niewinnie ze względu na przekonanie, jaki wpływ na wyniki wyborów miało jedno, a jaki drugie kłamstwo).

A już wisienką na torcie było, jak Wałęsa, wiedząc przecież, jakie są fakty, pozywał ludzi publicznie podających te fakty pod sąd, zarzucając im nieprawdę. Tylko dlatego, że podejrzewał, że nie potrafią tego udowodnić, bo nawet nie dlatego, że podejrzewał, że nic nie wiedzą i się nie domyślają, tylko zgadują. Może niektórzy zgadywali tak, jak obstawiają liczby w totolotku, ale nie wierzę, że na ślepy traf zdał się ś.p. Lech Kaczyński, pozwany w 2008 – i nie wierzę, żeby Wałęsa wierzył w tym przypadku w ślepy traf.

Z mojego punktu widzenia przeciętnego obywatela ta sprawa jest teraz mało istotna, ale skłamałbym pisząc, że „zupełnie nieistotna”. Kilka razy zdarzyło mi się, że gdy mówiłem, że pochodzę z Polski, kojarzony byłem z Wałęsą jako z pozytywną postacią. Nie wiedziałem, czy dać w ryj, czy zapaść się pod ziemię ze wstydu, ale starałem się cierpliwie tłumaczyć, dlaczego wcale nie jest to dla mnie powód do dumy. Nawet jeśli Wałęsa miał jakieś zasługi w tym, że komunizm radziecki nie upadł pięć czy dziesięć lat później, to na tym się one kończą i to nie powód do dumy. Cała reszta to poruta: udawanie zmiany ustroju podczas, gdy najważniejsze rzeczy, czyli kontrola strategicznych sektorów gospodarki przez państwo, pozostały (i proszę mi nie mówić, że nastała prywatyzacja: na poziomie kapitału może i nastała, ale niezależnie od tego, kto wykłada kapitał, to nadal minister ustala standard usług, jakie mają być świadczone w szkołach czy szpitalach); dbanie o los robotników w keynesistowskim stylu, z popieraniem robienia szkodliwych rzeczy, jeśli odwracanie ich skutków miałoby być jedyną droga do znalezienia ludziom konstruktywnego zajęcia, źródła dochodu i poczucia bycia pożytecznym; i tak dalej.


Wytłumaczenie tego wszystkiego komuś, kto wiedzę o świecie czerpie z prasy i zwykle zgadza się z tym, co przeczyta, w dodatku reprezentującemu naród o innej kulturze, a przede wszystkim historii, jest po prostu niewykonalne.

Na szczęście być może niedługo już nie będzie konieczne.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *