Weekend debilizmu

Dobry wieczór.

Dziś podobno rozpoczyna się wydarzenie jak w tytule. Co prawda na plakatach napisane jest nieco inaczej: Weekend antykapitalizmu, ale na jedno wychodzi. Odległość Levenshteina też nieprzesadnie duża.


Nie chce mi się powtarzać po raz setny tych samych argumentów za kapitalizmem. Mogłoby mi się chcieć obalać argumenty przeciw, gdyby jakieś padały, ale pada zestaw pustych frazesów albo postulatów rzucanych „tak bo tak”. Jak ktoś pisze, że duża nierówność ekonomiczna jest czymś gorszym niż mała i odmawia podania argumentu, to nawet nie ma czego specjalnie obalać; zapakować w kaftan bezpieczeństwa i tyle, przynajmniej dopóki argumentu nie poda.

Ale warto zwrócić uwagę na jeden aspekt, bo tutaj pada cień argumentacji, w dodatku przystrojonej tak, że na pierwszy rzut oka powinienem się z tym zgodzić. Otóż antykapitaliści często twierdzą, że za pieniądzem idzie władza, i oceniają ten związek jako tak silny, że uważają, iż najbogatsi mają tak dużą władzę nad najbiedniejszymi i nad szarymi Kowalskimi, że ci ostatni są tak naprawdę niewolnikami tych pierwszych.

Z tym, że za pieniądzem idzie władza, muszę się zgodzić. Istotą pieniądza jest przecież to, że potwierdza on prawo konsumpcji wybranych przez posiadacza pieniądza towarów o określonej wartości, jest w nim więc zawarta pewna władza. Ale dopiero to, że w pewnych okolicznościach posiadacze dóbr lub świadczyciele usług mogą zostać zmuszeni przemocą bądź groźbą do akceptacji tego pieniądza w zamian za to, co świadczą, czyni z nich niewolników pieniądza i – pośrednio – niewolników właściciela pieniądza. Nie jest to zaś cecha pieniądza. To nie banknot wymusza jego przyjęcie; na ogół robi to państwo, którego instytucja jest tego banknotu emitentem.

Podsumowując: za pieniądzem dziś idzie władza, jutro może nie iść, zmiany w tym celu przeprowadzić należy, ale nie w samym pieniądzu.

Dalej: skala władzy dawanej przez pieniądz jest moim zdaniem przeceniania. Gdyby tak było, nie czytalibyśmy tak często, że ktoś mieszczący się w pierwszej setce najbogatszych ludzi w państwie nagle trafia za kratki. Skoro miałby aż tak gigantyczną władzę, to co za problem uniknąć losu, którego bezproblemowo unika zarabiający znacznie mniej Prezydent? Porozmawiajcie o tym z Michaiłem Chodorkowskim.


Pieniądz daje możliwości. Oczywiście można je niekiedy skutecznie wykorzystać w celu zdobycia władzy. Ale dokładnie to samo można zrobić z możliwościami, które daje coś innego niż pieniądz. Przykładami są sportowcy, którzy co prawda biedy nie klepią, ale z krezusami do pokera siadać też nie mają po co. A jednak w wyścigu o władzę to sportowiec, swoim nazwiskiem wyrobionym dzięki wykorzystaniu niepieniężnych możliwości, często pokonuje bogacza. Gdyby to pieniądz i głównie pieniądz przekładał się na władzę w miarę chęci posiadacza, 6 sierpnia przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym składałby Janusz Korwin-Mikke lub Janusz Palikot, a nie Andrzej Duda.

Co zatem z niewolnictwem? Ano nic. Skoro pieniądz daje tylko możliwości, a nie władzę, to ludzie, których czas i wysiłek są za te pieniądze kupowane, nie tracą nic ze swojej wolności. Wybierają najlepszą spośród ofert, poniekąd stojąc między młotem a kowadłem, ponieważ najgorszą z ofert jest zwykle powolna śmierć głodowa. Ale to nie pieniądz postawił biedaka między młotem a kowadłem. I nie przedsiębiorca. To nie on odpowiada za to, że człowiek musi jeść i boleśnie odczuwa niedobory w tym zakresie. A jeśli nawet za to odpowiada, bo przypadkiem ów człowiek jest jego dzieckiem, to na ogół do takiego stanu nie dopuszcza. Zresztą gdyby antykapitaliści domagali się likwidacji tylko tego przypadku, byłbym skłonny nie wykopywać topora wojennego.

Jest raczej odwrotnie: to posiadacz wielkich pieniędzy staje się „niewolnikiem” systemu, w którym te pieniądze krążą. Duże pieniądze oznaczają przecież różnicę między wniesionym w społeczność wkładem a odebranym w konsumpcji ekwiwalentem. To ten, kto ma miliard złotych, musi liczyć na to, że nie stanie się on kupą bezwartościowych papierków lub śmieciowego zapisu na twardych dyskach. Ci, którzy mu ten miliard zapłacili, otrzymali już w zamian naprawdę pożyteczne rzeczy. Z tym że i tutaj „niewolnictwo” należy wziąć w bardzo duży cudzysłów.


Tak naprawdę głównym problemem jest państwo. Dziwię się, że antykapitaliści nie walczą właśnie z nim. Nie z jednym czy drugim konkretnym państwem, ale z samą instytucją u podstaw idei. Niewoli, którą widzieli w kumulacji kapitału w jednych rękach, sam kapitał, jako się wykazało, nie powoduje. Jej zalążek może jednak powodować monopolizacja tego czy innego sektora rynku.

A państwo ma wszystko: największy kapitał (zna ktoś w Polsce firmę, lub jeszcze lepiej człowieka, o budżecie przekraczającym budżet Rzeczpospolitej Polskiej?) i monopol na co tylko zechce, w tym na przemoc oraz na ustanawianie reguł gry, w której uczestniczy. Dlatego nie dość, że dysponuje większymi miliardami niż najbogatsze jednostki, to jeszcze źródłem tych miliardów nie jest nic pożytecznego uczynionego w zamian tym, którzy te miliardy zapłacili. Nawet jeśli antykapitalista upiera się, że to, na co państwo wydaje pieniądze, jest pożyteczne, to przecież szpital nie jest źródłem pieniędzy, które państwo w zamian za jego istnienie dostaje, bo państwo, w odróżnieniu od firmy, musi najpierw pieniądze zrabować pod groźbą użycia przemocy (lub wziąć na kredyt, zabezpieczeniem którego jest obietnica takiego rabunku), a dopiero potem stawia szpital. I nawet wtedy nie zbiera pieniędzy w zamian za usługi szpitalne, tylko je rabuje, przy okazji doprowadzając do tego, że wnoszone przez Kowalskiego opłaty mają się nijak do wartości otrzymywanych przez Kowalskiego świadczeń, chyba że czystym przypadkiem.

W przypadku firmy kolejność jest odwrotna, a nawet jeśli nie jest, to zabezpieczeniem kredytu nie jest obietnica rabunku, tylko rzetelny plan, przekonujący kredytodawcę, że to, na co pieniądze zostaną wydane, rzeczywiście będzie ludziom potrzebne, czego dowodzi się w jeden sposób: że coś przynosi zysk.

Ta kolejność robi ogromną różnicę.

I nie ma nad tym żadnej kontroli! Nie bądźcie naiwni, że możecie jako obywatele w jakikolwiek sposób kontrolować państwo. Prawo robi się coraz bardziej restrykcyjne w tym zakresie, a to, co nie jest restrykcyjne, często bywa nieprzestrzegane. Przecież prawo jest stanowione przez to samo państwo, które jest później nim związane. Macie nad nim taką samą kontrolę, jak nad firmą, która pyta Was o zdanie w jakiejś tam kwestii, ale potem zawsze może zmienić reguły gry, a jeśli nawet tego nie zrobi, a zagra niezgodnie z regułami, to nie możecie nic. Nawet kary zasądzane przez Trybunał w Strasburgu wiążą państwo tylko tak długo, jak długo nie zdecyduje się ono wypowiedzieć umów, z powodu których są one wiążące, a ma do tego pełne prawo w każdej chwili.

I Wy uważacie, że taki Wielki Brat ochroni Was przed niebezpieczeństwami, jakich dopatrujecie się ze strony firm? A kto ochroni Was przed nim?

Polecam znakomitą bajkę Stanisława Lema „O maszynie cyfrowej, co ze smokiem walczyła”. Tam też próbowano pozbywać się groźnego smoka metodą tworzenia potężniejszego smoka, żeby pożarł tego pierwszego, a dalej przez indukcję. Okazało się to równie głupim pomysłem, co walka z kapitalizmem, tylko mniej szkodliwym, bo ograniczonym do kart papieru nieopisujących realnego życia i niewpływających na realne życie.

A Wy chcecie zabetonować monopol i skupić wielkie pieniądze w jednym podmiocie, bo boicie się, że mniejsza ilość pieniędzy i mniejszy monopol w jednym podmiocie to już i tak na tyle duża koncentracja, że prowadzi do niewolnictwa?


Jeśli chodzi Wam o niewolnictwo, to miejcie choć na tyle godności, żeby powiedzieć to wprost! I zacznijcie od siebie, swojego prawa głosu i swojej wolności słowa. A jeśli nie, to rozdystrybuujcie się z łaski swojej w sprawiedliwych społecznie proporcjach po innych planetach. Tak najlepiej przysłużycie się likwidacji niewolnictwa, jeśli naprawdę go nie lubicie.

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Weekend debilizmu”

  1. Pieniądze dają władzę(nad ludźmi) tylko w przypadku gdy oni tych pieniędzy pragną.Przypomnę że istniały kluby do których nie można było kupić sobie członkostwa. Nawet największe sumy nie wystarczały.
    Trzeba było posiadać jeszcze inne akceptowane przez Zarząd zalety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *