Wegetarianie i rowerzyści

Dzień dobry.

Minister Waszczykowski wypowiedział się przeciwko dyktaturze wegetarian i rowerzystów, co wywołało uśmiechy politowania na tak zwanych europejskich salonach.  Było to politowanie jak najbardziej zrozumiałe, charakterystyczne dla niewygodnych poglądów, które zostały przez autora tak przedstawione, że stosunkowo łatwo jest je lekko przekręcić, sprowadzając je do absurdu.


Zacznijmy od rowerzystów. Sam jako kierowca doświadczyłem prawdziwości słów ministra w punkcie, w którym oświadczył, że poprzednia władza wychodziła rowerzystom na przeciw. Sporo dodatkowego czasu przestałem na wąskich uliczkach (zwłaszcza jednej), które przed wydzieleniem z nich pasa ruchu dla rowerów, choć formalnie jednopasmowe, służyły kierowcom jako dwupasmowe, gdzie w miejscu obecnej ścieżki stawali chętni do skrętu w prawo (w tym ja).

Zresztą wystarczy przez jakiś czas poobserwować miejsce, w którym obok siebie jest chodnik, ścieżka rowerowa i pasy ruchu, i sprawdzić, jak często które z nich się korkuje. Jeśli niejednakowo często, to znaczy to, że proporcje między infrastrukturą publiczną służącą ludziom do transportu nie odzwierciedlają potrzeb ludzi w zakresie środków transportu, których oni używają. Na ogół na niekorzyść kierowców (bywa odwrotnie, zwłaszcza na wsiach, gdzie piesi mają do dyspozycji bieda-pobocze, jeśli w ogóle).

Nie twierdzę, że to koniecznie coś złego, ale pomijając ocenę zmiana takich proporcji na korzyść ścieżek rowerowych to potwierdzenie słuszności oceny ministra w zakresie faktów. A że w zakresie oceny różni się od poprzedników? Z jakiegoś powodu jest w innej partii niż poprzednicy. Partii, która przegrała wybory 8 lat temu, gdy ścieżek rowerowych nie było dużo, a wygrała parę miesięcy temu, gdy jej oponenci nabudowali tych ścieżek.

Oczywiście nie twierdzę, że wynik wyborów był jaki był tylko dlatego.


Teraz o wegetarianach, przy czym pragnę zaznaczyć, że w żadnym momencie nie mam na myśli ludzi, którzy są wegetarianami wyłącznie z powodów zdrowotnych. Chodzi mi tylko o tych, których wegetarianizm ma podłoże ideologiczne oparte na jakiejś formie empatii wobec zwierząt.

Co do wegetarian, to ich dyktatura jest już obserwowalna w efektach na szerszą skalę. Nie chodzi o jakieś pomysły szwedzkich minister, żeby nakładać dodatkowe podatki na mięso, tylko o całkiem realne podatki ukryte nakładane na polskie mięso czy jaja. Dlaczego ukryte? Ponieważ formalnie nie są to podatki, natomiast w rzeczywistości wymogi ustawowe, zupełnie arynkowe (tzn. często niewymagane przez konsumenta końcowego, skutkiem czego wielu producentów bez ustawy by ich nie spełniało), są kosztowne, a przedsiębiorca wlicza koszt w końcową cenę produktu. Na razie mogę po prostu zapłacić więcej lub mniej za jajka, dopłacając lub nie do większego komfortu życia kur. Ale już muszę w cenie wieprzowiny uwzględnić jakieś tam (nie wiem nawet dokładnie, jakie) minimalne warunki życia i pozbawiania życia świń. Może kwota, jaką dopłacam do humanitarnego traktowania tych zwierząt, to ułamek grosza na każdym kilogramie, ale co do zasady jest to forma podatku.

To dyktatura wegetarian powoduje, że mam straszne problemy, żeby w Polsce spróbować smalcu z psa. A mam na to ochotę. Nie żartuję.


Wegetarianie to kolektywiści na takim poziomie, że socjaliści z trudem dorastają im do pięt. Socjalista jest kolektywistą, ale przynajmniej zachowuje margines gatunkowy, w najgorszym razie margines o takson czy dwa wyżej. Jeśli chce jakoś wyrównać stan życia czy prawa, to chodzi mu o ludzi. Co bardziej postępowi chcą nadawać jakieś prawa podmiotowe małpom, ale na tym się zazwyczaj kończy.

Tymczasem wegetarianin (który na ogół, choć nie zawsze, też jest socjalistą), potrafi wrzucić obrazek „albo je kochasz, albo je zjadasz”, na pierwszym pokazując kociaka, a na drugim wieprza.

Bardzo ciekawe przy tym, że narzucając mi narrację, w której znak równości stawia na poziomie „zwierzę=zwierzę”, odrzuca moją narrację, która znak równości stawia na poziomie „organizm=organizm” (tak, próbowałem odpowiadać obrazkami z tym samym tekstem, gdzie obok kociaka zamiast wieprza była marchewka).

Jeśli chce stosować takie kryterium, jak np. odczuwanie bólu, jego sprawa. Jeśli jednak chce mi je narzucać, choćby poprzez ustawowe utrudnianie mi nieużywania tego kryterium, to już kwalifikuje się moim zdaniem do odstrzału. Ja jestem indywidualistą, wychodzę z założenia, że nie ma sprzeczności między tym, że kocham jednego kociaka, a z przyjemnością zjadam drugiego kociaka, nawet z tego samego miotu, co pierwszy. To są różne kociaki, mogę żywić wobec nich różne uczucia.

Nawet jednak bez tego wszystkiego wegetarianie są niebezpieczni, jeśli tylko mają choćby prawo głosu. Wyobraźcie sobie człowieka, który woli dopuścić do tego, żeby silny człowiek nie zaspokoił swojego głodu niż do tego, żeby słabe żyjątko, np. zwierzę, cierpiało czy umarło jako posiłek.

A teraz wyobraźcie sobie, że głosy takich ludzi decydują, choćby pośrednio, o tym, jak zachowa się polski policjant na widok śniadego typa z bronią każącego mu podnieść ręce do góry. Wyszkolony przez ludzi wskazanych przez polityków wybranych przez nadmiernie empatyczny elektorat po jakimś czasie nie będzie miał nawet odruchu,  żeby się bronić.

Dlatego właśnie empatia od pewnego (niezbyt wysokiego) poziomu powinna dyskwalifikować z posiadania czynnego prawa wyborczego. Osobnym problemem jest jej zmierzenie, ale akurat ideologiczni wegetarianie tego problemu nie stwarzają, bo sami chętnie przyznają się do jej posiadania i nawet są z tego dumni.


Jest dużo wyjątków. Znam cyklistów, dla których cała radość polega na znalezieniu w mieście trasy niedostępnej samochodom. Znam wegetarian ideologicznych, którzy nie robią dosłownie niczego, żeby narzucić swoją ideologię innym. Znam nawet libertarian-wegetarian, uważających, że to, co robią dla zwierząt swoim wegetarianizmem, to po prostu część korzystania z wolności, jaka zgodnie z libertarianizmem powinna im przysługiwać, a jednocześnie doskonale wiedzących, że częścią tej samej wolności nie jest wpływ na dietę innych osób. Szanuję wszystkich zaliczających się do tych wyjątków i sądząc po moich znajomych nie jest to mała grupa.

Ale ich w mediach nie słychać, bo niczego się nie domagają, twierdząc (właściwie: uzurpując sobie), że reprezentują również innych ludzi poza sobą.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *