Wojna polsko-tuska

Dobry wieczór.

Przepraszam, że nie pisałem w poprzedni weekend, ale miałem klasyczny problem typu „skorpionosiołkowi w żłoby dano”. Za dużo zbyt gorących tematów naraz. Za to teraz można nieco chłodniej.


To, że na Jarosława Kaczyńskiego, Beatę Szydło i Prawo i Sprawiedliwość w ogólności wylała się fala niesamowitej krytyki po głosowaniu nad reelekcją Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europy, było do przewidzenia. To, że PiS tak właśnie postąpi, też było do przewidzenia, aczkolwiek z różnych powodów po różnych stronach hejtu (bo trudno nie nazwać hejtem tego, co się działo w Internecie, przy czym, co dość nietypowe, tutaj szambo wylało bardziej po stronie przeciwników niż zwolenników PiS).

Zazwyczaj powoływano się na małostkowość PiS-owców, co zresztą o tyle nie dziwi, że tam jest sporo ludzi małostkowych i zwyczajnie mściwych. Z triumfalizmem pokazywano wynik 27:1 jako dowód miażdżącej wygranej Europy nie, nie z Polską. Z PiS.

Tak, proszę Państwa: ci sami ludzie, którzy za kadencji Komorowskiego i za rządów PO twierdzili, że rządzący reprezentują nasze państwo, czy się to komuś podoba, czy nie, ponieważ wygrali wybory, tym razem odmawiają rządzącym (samodzielnie, w odróżnieniu od PO!) reprezentacyjności, i to w miejscu, w którym naprawdę reprezentują oni państwo, ponieważ głosowało się właśnie państwo po państwie!

Dygresja to jednak nie na temat, bo chciałem o czymś nieco innym. Powszechna jest opinia, że Jarosław Kaczyński (który oczywiście decydował o tym wszystkim, Szydło, Waszczykowski i inni to tylko jego marionetki), tym razem strzelił sobie w kolano, wystawiając się na pośmiewisko.

Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że Kaczyński, po raz kolejny zresztą, znalazł się w trudnej sytuacji i zagrał optymalnie. Wcale nie oznacza to, że dobrze na tym wyjdzie; twierdzę tyle, że nie miał wyboru, bo dowolne inne rozwiązanie skończyłoby się dla niego gorzej.

Co innego mógł zrobić Kaczyński (zakładając, że to on steruje wszystkimi posunięciami PiS)?


Opcja 1: poprzeć Tuska.

Na poziomie europejskim zapewne wyglądałoby to lepiej, zwłaszcza w wersji, w jakiej prawdopodobnie przedstawiłyby to media głównego nurtu, a i przyjemnie byłoby popatrzeć na to, jak nasze rodzime dziennikarstwo skręca się, próbując obsmarować Kaczyńskiego, a jednocześnie nie krytykując samej jego decyzji.

Zapewne skierowałoby się całą uwagę na zdziwienie, dlaczego do czegoś takiego doszło, bo istotnie byłoby to coś dziwnego.

I na tym koniec korzyści. Nawet jeśli ktoś doceniłby gest, to raczej ten ktoś wywodziłby się ze środowiska okołoplatformowego niż okołopisowskiego, bardzo mała jest szansa na pozyskanie głosu w ten sposób. Co innego strata głosu. Mnóstwo popleczników PiS skupiono wokół retoryki, według której Tusk jest zdrajcą, pachołkiem niemieckim i ucieleśnieniem wszelkiego zła. Część elektoratu PiS widzi w Kaczyńskim Boga, który w odróżnieniu od papieża jest nieomylny nie tylko ex cathedra, ale inna część uznałaby to za dowód, że nawet Kaczyński jest zdrajcą.


Opcja 2: wstrzymać się od głosu.

Patrz powyżej, tylko w złagodzonej wersji. Straty byłyby pewnie o połowę mniejsze (czyli nadal spore), zyski dwa razy większe (czyli nadal zerowe).

Opcja 3: zagłosować przeciw bez wystawiania kontrkandydata.

Można było i tak, tylko główna różnica między tym a tym, co się stało, polegałaby na tym, że media dostałyby dodatkowej pożywki do krytyki, że PiS wali w Tuska dla zasady, nie mając żadnej propozycji. Nie byłoby jednak (nie wiedzieć czemu niedocenianego) zysku z medialnego przeciągnięcia na swoją stronę Jacka Saryusz-Wolskiego. To w końcu nie taki całkiem anonimowy polityk, do niedawna członek PO. Kto wie, kiedy i w jaki sposób ziarno niepewności co do stabilności składu Platformy wykiełkuje.

A teraz ciekawsza część rozważań. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, reelekcja Tuska wcale nie była „oczywistą oczywistością”, ponieważ PiS mógł zająć do na dobre w kraju, wykorzystując aferę Amber Gold i podległe sobie służby. Można było wzywać bezpośrednio Donalda Tuska albo stosować szantaż emocjonalny poprzez nieprzyjemne przesłuchania członków jego rodziny, co na jedno by wyszło z punktu widzenia Tuska, przynajmniej PR-owo.

Można było, ale tego nie zrobiono. O całej aferze „przypomniano sobie” dzień przed głosowaniem, za późno, żeby cokolwiek zmienić, ale w sam raz, żeby wytworzyć wrażenie, że PiS rozpaczliwie próbuje uratować przegraną na sto sposobów partię.

I dokładnie o to chodziło!

Z jednej strony pokazać, że walczą, nawet jeśli nie od samego początku, to do samego końca. Z drugiej strony udawać zawistną małostkowość, wystawiając się na pastwę mediów, dzięki czemu łatwiej jest scementować już istniejący elektorat i przekonać leciutko dryfujących w kierunku PiS za pomocą znanego w psychologii syndromu oblężonej twierdzy.

A przy tym, zabierając się za to tak późno, a jednocześnie wystawiając kontrkandydata, można sobie nieomal zagwarantować, że Tusk poczuje się zmuszony wygrać te wybory. I że je wygra.

W sensie praktycznym Tusk jako szef Rady Europy nikomu nie przeszkadza (nawet mnie, choć nienawidzę faceta jak zarazy), bo po prostu nic nie może. Jego rola w działaniu europejskich struktur jest mizerniejsza niż rola trzeciego bramkarza w reprezentacji Niemiec, która sięgnęła po Mistrzostwo Świata w Piłce Nożnej w 2014 roku. Za to przez najbliższe dwa i pół roku nie będzie przeszkadzał w kraju. W sam raz do wyborów.

Nie chciało mi się liczyć ani sprawdzać, czy pojawi się tuż przed wyborami, czy tuż po (zakładając, że parlament przetrwa pełną kadencję), ale niewątpliwie jego dłuższy pobyt w Polsce mógłby poważnie zagrozić posiadaniu przez PiS żółtej koszulki lidera w sondażach, bo Tusk, co widać było choćby w reakcjach na głosowanie, nadal jest przez wielu Polaków szanowany i traktowany jak mąż stanu. No i przyznajmy, że Schetyna to mógłby najwyżej czyścić buty pucybutowi pucybuta Tuska, jeśli chodzi o porównanie, czym jest PO w zależności od tego, który z tych dwóch panów jej lideruje. I nikt inny z Platformy Obywatelskiej, jako jej lider, nie jest w stanie odbudować tego, co formacja miała za Tuska, niezależnie od faktu, że sporo zysków PiS i strat PO to elektorat negatywny Platformy, efekt niezadowolenia ośmioma latami rządów, za który dużą część winy ponosi właśnie Tusk. Gdyby nie on, PO nigdy nie zraziłaby do siebie aż tylu wyborców. Tyle tylko, że nie bardzo miałaby z czego spaść.


Kaczyński niewątpliwie stracił trochę na tej całej zagrywce. Z tym polemizować nie będę. Natomiast twierdzę, że wybrał optymalnie. Każdy inny wariant wiązałby się z dużo większymi stratami, i to już w niedługim czasie, a w perspektywie kolejnych wyborów każdy wariant inny niż wygrana Tuska oznaczałby prawie pewną porażkę PiS.

Do napisania, nie wiem jeszcze, kiedy. Klawiatura świerzbi, bo zostały jeszcze dwa tematy sprzed tygodnia, które za dobrze nie ostygły, ale nie chce mi się pisać dwóch notek jednego dnia, a za jutrzejszy brak prokrastynacji nie ręczę.

Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *