Wolnościowe nazewnictwo

Dzień dobry.

Wczoraj jakoś nie miałem nastroju ani pomysłu na pisanie. A dziś przewijam sobie wiadomości i widzę, że Andrzej Duda zawetował ustawę o uzgodnieniu płci. Z libertariańskiego punktu widzenia powiem: i bardzo dobrze!


Lewica z jakiegoś powodu robi się nagle bardzo prowolnościowa, gdy tylko nie chodzi o wolność wydawania własnych pieniędzy na to, na co się chce (a przede wszystkim: niewydawania ich na to, na co się nie chce). Wbrew jednak temu, co lewicowcy mówią, prawo decydowania o własnej płci nie jest wolnościowe, a przynajmniej: nie wtedy, jeśli przyjmuje ono taki kształt, jaki oni sobie wyobrażają.

Problemem nie jest to, że pan Okręgowy stwierdzi, że czuje się kobietą i mówi na siebie „pani Okręgowa”, tylko to, że wymusza na wszystkich innych uznanie tej nomenklatury wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami – dokładnie jak w przypadku małżeństw gejowskich.

Po libertariańsku to wygląda to tak, że ja mam prawo czuć i nazywać siebie mężczyzną, kobietą, królem, szefem, papieżem, małpą, skorpionem, czy cokolwiek mi się tam umai. Nie mam prawa nikogo zmuszać do tego, żeby nazywał mnie tak, jak ja chcę – mogę siebie nazywać „mężczyzną”, a inni mogą tego nie uznawać i nazywać mnie „małpą”. Z kolei ja mam prawo reagować tylko na „szefie”.

Uregulowania wymagają jedynie kwestie prawne, które są zależne od klasyfikacji. Jeśli jakieś prawo dotyczy tylko mężczyzn, to potrzebna jest definicja „mężczyzny” niezależna od jednostkowego widzimisię, żeby dało się w ogóle utrzymać porządek prawny w ryzach. Najprościej byłoby, oczywiście, wyeliminować z prawa stanowionego wszystkie przepisy dotyczące tylko mężczyzn (albo tylko kobiet). Da się to zrobić i dziwi fakt, że istnienie takich przepisów forsują ci sami ludzie, którzy chcą, żeby to, czy się jest mężczyzną czy kobietą, zależało od jednostkowego widzimisię. Jednocześnie twierdzą, że to w imię równości płci.

Tak naprawdę z punktu widzenia libertarianina jedynym istotnym prawnie bytem jest „człowiek”. Niektórzy libertarianie twierdzą też, że część praw podmiotowych powinna przysługiwać także części zwierząt – osobiście nie podzielam tego stanowiska, uważam, że „czysty” libertarianizm jest maksymalnie antropocentryczny, ale to temat na inną dyskusję. Nawet to rodzi problemy, na przykład nie jest do końca jasne, od którego momentu dziecku przysługuje samoposiadanie, ale załóżmy, że to się uda rozwiązać. Wówczas, istotnie, trzeba ludzi traktować jak ludzi, nieludzi jak nieludzi, i deklaracje jednostkowe nie mogą być tu brane pod uwagę. Ale należy to traktować jak smutną konieczność, koszt istnienia (nawet nie koszt ustrojowy libertarianizmu: taki lub podobny problem powstanie w każdym ustroju), a nie jak coś dobrego.


Podsumowując: uzgadnianie płci nie jest czymś tragicznym samo w sobie. Urodziłaś się kobietą? OK. Zgadzam się tu z Tomaszem Terlikowskim, że o tym decyduje genom. Czujesz się mężczyzną? OK. Ale jak mi zajedziesz drogę, wrzasnę do Ciebie „Jak jedziesz, babo?!” i zechcesz nasłać na mnie policję za to, że czujesz się płciowo niezgodnie ze swoim genomem, to to już nie jest OK.

Przypominam o konkursie. Dużo czasu już nie zostało!

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *