Wyznanie prześladowanego niewierzącego

Dobry wieczór.

Chciałem się z Państwem podzielić prześladowaniami, jakich doświadczam jako niewierzący.


Nie wierzę w państwo. Nie, nie chodzi o to, że nie wierzę, że dobrze wywiązuje się ze swoich zadań, albo żeby w ogóle mogło być dobre w tej czy innej dziedzinie. Nie. Po prostu nie wierzę w państwo. W to, że istnieje. Tak samo, jak ateiści nie wierzą w Boga.

Dookoła mnie jest sporo etatystów (ang. „statists”). To ludzie, którzy mojej niewiary nie podzielają. Więcej, usiłują mnie ciągle do swojej wiary w istnienie państwa przekonać. Robią to w sposób doskonale znany wszystkim prześladowanym ateistom: pokazując wspaniałe skutki istnienia tego państwa, takie jak: drogi, szkoły czy szpitale. Grożą również srogimi karami ze strony państwa za nieprzestrzeganie przepisów nałożonych przez państwo. I nawet pokazują przykłady wymierzenia tych kar. To zresztą nie jest jeszcze problemem na miarę prześladowania, najwyżej sporą niedogodnością.

Tak się jednak składa, że czasami czytam o karze wymierzonej temu czy innemu człowiekowi, a czasem mam okazję zobaczyć, jak budowana jest szkoła czy remontowana droga. I nigdy nie widziałem przy tej okazji żadnego mitycznego państwa.

Robotę zawsze wykonywali ludzie.

Bo o ile państwo jest dla mnie równie mityczne, co dla ateistów Bóg, o tyle ludzie twierdzący, że działają w imieniu państwa lub Boga, są jak najbardziej realni. Jedni budują drogi lub ołtarze, inni stanowią prawo, a jeszcze inni wtrącają do więzień lub palą na stosach (to pierwsze, na szczęście, już nie dzisiaj). A wszystko w imię jakiegoś bytu, którego nikt nigdy nie widział, ale do istnienia którego wierzący uparcie usiłują przekonać niewierzących.

A, co najgorsze, każą tym niewierzącym zachowywać się tak, jakby wierzyli. Wbrew sobie.


Pomyślcie logicznie: co może Was skłonić do przestrzegania Prawa Bożego? Możliwości widzę kilka.

Pierwsza jest bezkolizyjna. Uważacie konkretny zapis prawa po prostu za dobry i słuszny. Kradzież jest zła, podzielacie to przekonanie, nie musicie tego uzasadniać: po prostu podzielacie to przekonanie, więc nie kradniecie. Nazwałem to możliwością „bezkolizyjną”, ponieważ w tym przypadku prawo nie jest Wam potrzebne, żeby go przestrzegać. Jest zakaz kradzieży to jest, ale gdyby go zniesiono, i tak byście nie kradli, bo nie mieści się to w Waszych zasadach.

Druga jest taka, że wierzycie w istnienie, wielkość i moc Boga, jak również w to, że to prawo istotnie zostało ustanowione przez Niego, a nie przez jakichś ludzi, którzy tylko powołują się na przytaczanie Jego woli w nadziei, że zdejmie to z nich ciężar argumentacji i przekonywania. OK, może być i tak. Nie jest to może najbardziej racjonalny powód na świecie, ale wiara z natury rzeczy jest nieracjonalna, a poza tym z braku możliwości odebrania Boga zmysłami, ale i dowiedzenia Jego nieistnienia, wynika, że w coś wierzyć trzeba: albo w to, że On istnieje, albo w to, że nie istnieje. Nawet najbardziej uparci agnostycy po którejś stronie się czynem opowiadają.

Trzecia, najgorsza możliwość: nie wierzycie, że Bóg istnieje, i chętnie byście pocudzołożyli, ale boicie się, co Wam zrobią inni ludzie za złamanie zakazu cudzołóstwa. Zakazu, o którym tylko oni twierdzą, że pochodzi od Boga. Wy twierdzicie, że pochodzi od dawno zapomnianych w mroku historii ludzi, nie ma żadnego uzasadnienia, nie czujecie się nim związani, a jedynym powodem, dla którego go przestrzegacie lub kryjecie się z jego łamaniem, jest groźba użycia wobec Was przemocy. Dość realna.


Dlatego zachowujecie się wbrew sobie. Wbrew własnej naturze. Wasza wolność jest ograniczona.

Ja wierzę w Boga, dlatego dla mnie najczęściej prawdziwy jest drugi scenariusz, dopóki ograniczamy się do Dekalogu. Co więcej, wierzę we wszechmoc Bożą, dlatego nie mam zamiaru za łamanie Prawa Bożego nikomu grozić niczym, poza Pismem Świętym. Grożę karą, to prawda, ale tylko taką, która zostanie wymierzona przez Boga bez udziału ludzi. Po to, żeby zostawić człowiekowi margines na bezkarne złamanie tych zasad, jeśli się okaże, że w swojej wierze się mylę, co jako racjonalnie myślący człowiek zawsze muszę dopuszczać jako możliwość.

Ale nie wierzę w państwo. Dlatego gdy tylko mowa o jakichś ustawach, wpadam w scenariusz trzeci, bo mało która ustawa pasuje u mnie do scenariusza numer jeden.

Co gorsza, wielu ludzi daje się łatwo przekonać o wszechmocy państwa. Padają przytoczone przykłady dróg, szkół, szpitali. Drogi są dziurawe, szkoły ku rozpaczy rodziców robią z ich ciekawych świata dzieci maszynki do wkuwania regułek, a szpitale leczą tylko co któregoś pacjenta. Jest to z całą pewnością dalekie od doskonałości. Niemniej łatwo ludzi przekonać, że bez państwa nie byłoby nawet tego.

Ateiści, na próbę sekularyzacji ludzi mieszkających na terenie mitycznego państwa polskiego, często słyszą propozycję, że mogą się przecież wynieść. Padają nawet nazwy innych mitycznych państw, jak Szwecja czy Holandia. Doświadczam tego samego. Kierunek proponowany mnie jest zwykle inny, na ogół Somalia, ale zasada jest ta sama – tylko ludzie głupsi, bo proponują mi przenosiny z jednego państwa do drugiego, podczas gdy ja w żadne nie wierzę.

Wiem, jakie to nieprzyjemne.

Etatyści, podobnie jak agresywni nawracający, używają też niekiedy innego argumentu: jeśli nie zmusi się niewierzących do przestrzegania prawa, źródłem którego jest wiara wierzących, to nie wypełni się zadań, jakie wierzącym rzekomo wyznaczył jakiś mityczny, nadludzki byt. Zadaniem takim może być zapewnienie edukacji każdemu dziecku, równych szans kobietom czy innym niepełnosprawnym osobom, albo nawrócenie wszystkich na wiarę w Ewangelię. Punktem wspólnym jest zawsze jedno: zadanie w swej naturze zakłada wymuszenie na niewierzących postępowania zgodnego z wiarą, której nie podzielają.

Oczywiście: jest to tak wygodne jako pretekst do ich zniewolenia, że aż trudno uwierzyć, że nim nie jest, bez dowodu. A dowodu nikt nie dostarcza. Uzasadnienia też nie. Ma być tak, bo państwo tak powiedziało, albo bo Bóg tak powiedział. Kropka. Basta. Amen.

Wspomniałem o Inkwizycji, bo ona była jak najbardziej realna. Dla ateistów i heretyków zapewne również bolesna. Sporo etatystów, których spotykam na swojej drodze, to ateiści, mają więc oni prawo mieć o to pretensje, jeśli nie w imieniu własnym, to w imieniu tych członków poprzednich pokoleń, z którymi czują jedność w ważnej dla siebie sprawie.

Ale ci sami ateiści na ogół odżegnują się od mściwości, uważając się jednocześnie za ludzi pełnych empatii. Są natomiast etatystami. Jak najbardziej wierzącymi w państwo. I wierzącymi, że państwo stawia przed nimi zadania, których nie wypełnią, jeśli nie zmuszą niewierzących w państwo do postępowania zgodnie z nakazami i zakazami państwowymi, albo do opuszczenia granic tegoż państwa. Bo to chyba jedyna różnica między państwem a Bogiem: Bóg ograniczony nie jest.


Do tych niemściwych, empatycznych ateistów-etatystów, mam jedno, jedyne pytanie:

Dlaczego mi to robicie?!

Do napisania za tydzień. Miłego długiego weekendu!

2 myśli nt. „Wyznanie prześladowanego niewierzącego”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *