Zachazana klauzula

Dobry wieczór.

Sprawa profesora Bogdana Chazana pokazuje, jak dalece zatraciliśmy zarówno wolność, jak i poczucie odpowiedzialności, stając się bandą roszczeniowych niedorajd. Szkoda tylko, że przedstawiana jest ona w mediach w taki sposób, że ludzie na ogół widzą przy jej okazji masę innych problemów, ale powyższego akurat nie.


Nawet lubiana przeze mnie Pani Agnieszka Gozdyra, bardzo rzadki przypadek dziennikarki regularnie obecnej w mediach głównego nurtu, mimo że jest niezwykle inteligentna, zaczęła gonić w piętkę:

A jak dzieci z taką samą wadą rodzą się nie z in vitro, to co wtedy? Kara za seks?
Brak słów.

źródło

Z tym in vitro sprawa jest taka: kobieta, której odmówił aborcji profesor Chazan, była w ciąży dzięki in vitro. Cztery jej poprzednie ciąże zakończyły się nieszczęśliwie do 20. tygodnia. Myślę, że warto wyrabiać sobie pogląd na tę sprawę mając taką informację: nawet jeśli dla kogoś nie gra to roli, to jest to jednak dość niezwykłe. A jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że większość mediów starannie przemilczała tę ciekawostkę, choć zwykle dziennikarze dwoją się i troją, żeby takimi spektakularnymi zestawieniami wypełnić wierszówkę. To z kolei może posłużyć do wyrabiania sobie zdania o mediach.

To jednak tylko dygresja. Rozsądna zazwyczaj Pani Gozdyra tym razem dała się ponieść emocjom (niestety, nie jednostkowo: dotyczy to wielu jej wpisów w tym temacie) i w jednym krótkim zdaniu popełniła dwa błędy. Pierwszy polega na nieuprawnionej zmianie warunków początkowych. Można, oczywiście, pytać, co by było, gdyby dzieci z taką samą wadą poczęły się bez in vitro. Ale równie dobrze można pytać, co jeśli w wyniku seksu pocznie się dziecko zdrowe z wpadki, bo para stosowała zabezpieczenia, żeby dzieci nie mieć. A tu klops. I co wtedy, kara za seks?

Dochodzimy tu do drugiego błędu, jakim jest nazywanie tego „karą”. Właśnie to miałem na myśli twierdząc, że ludzie tracą poczucie odpowiedzialności. Każdą negatywną konsekwencję własnych decyzji nazywają „karą”. Jakież to wygodne, jeśli nie zrobili nic złego, to przecież nie powinni ponosić za to kary, prawda?

Nieprawda!

Wolny człowiek w wolnym kraju powinien móc robić bardzo dużo rzeczy, ale ponosząc konsekwencje swoich wyborów. Właśnie „konsekwencje”. Nie: „pozytywne konsekwencje”. Nie: „konsekwencje możliwe do przewidzenia”. Nie: „konsekwencje, które nie są drastycznie różne dla różnych ludzi uwikłanych w decyzję w zależności od ich płci”. Po prostu: „konsekwencje”. Jakie się trafią.

Oczywiście, człowiek ma prawo próbować od nich uciec. Jak przez głupotę się porządnie przeziębię, to mam prawo poprosić, żeby ktoś mi powiedział, czym mam się leczyć, spróbować kupić leki i się wykurować zamiast wykitować. Nie mam jednak prawa zmuszać kogokolwiek, żeby pomógł mi się wydostać z tego ambarasu!


I dlatego chociaż jestem pro-choice, to w tej sprawie stoję murem za profesorem Chazanem! Piszę to niechętnie, bo nie mam szans na zyskanie czyjejkolwiek sympatii tym stwierdzeniem, za to pewnie znielubi mnie sporo libertarian i jeszcze więcej konserwatywnych liberałów za deklarację „pro-choice”, na wyjaśnianie której nie ma miejsca akurat w tej notce, ale trudno: taka jest prawda. Ograniczę się na razie do stwierdzenia, że przez „choice” rozumiem wybór. Nie: wybór ograniczony do reglamentowanych przez państwo sytuacji. Również nie: wybór tylko i wyłącznie kobiety będącej w ciąży.

Popatrzmy na sprawę przez moment z punktu widzenia profesora Chazana. Okazało się, że przed nim stał następujący wybór: albo zrobić coś, czego zrobienia zakazuje mu sumienie, albo ułatwić zrobienie tego poprzez poinformowanie, gdzie się da, albo stracić pracę w wykonywanym od lat zawodzie, który w większości przypadków polega na pomaganiu ludziom, i jeszcze zapłacić równowartość dobrego samochodu. Jest to jakiś wybór, ale postawienie człowieka przed nim można równie dobrze nazwać „karą”, jeśli przyjmiemy terminologię z wpisu Pani Gozdyry.

Tak czy nie?

W dodatku byłaby to kara za ten sam seks (czy in vitro). No, to skoro już doszliśmy do takiego punktu, to chyba możemy – zgadzając się, że najfajniejszy byłby seks bezkarny – zgodzić się również na to, że system zakładający karalność własnego seksu jest znacznie lepszy od systemu zakładającego karalność cudzego seksu! A tym właśnie jest system, który w konsekwencji seksu stawia przed nieprzyjemnym wyborem człowieka, który tego seksu nie uprawiał.

Ludzie, którzy zasłaniają się tutaj zapisami prawa, to w ogóle grupa, z którą nie warto na ogół dyskutować. To banda hipokrytów, którzy głośno mówią, że w razie konfliktu prawo stanowione ma pierwszeństwo przed poczuciem moralności człowieka, bo akurat w tym przypadku ich poczucie moralności jest zgodne z prawem stanowionym. Gdy tylko okaże się, że jest odwrotnie, jakoś przestają się powoływać na wyższość prawa stanowionego. Cały Internet pełen jest nawiązań do konfliktów, w jakie popadało z moralnością prawo stanowione przez III Rzeszę, i trudno odmówić racji tym porównaniom. Jeśli ktoś woli mniej drastyczne porównania, albo bardziej współczesne, albo nieokupacyjne, to proszę bardzo: konflikt zasad moralnych z prawem stanowionym na przykładzie oskarżenia Dody o obrazę uczuć religijnych. Słucham?


Zresztą nawet gdyby założyć, że człowiek wybierając zawód lekarza bierze go ze wszystkimi za i przeciw, to litości – nie w stosunku do profesora Chazana! Ten człowiek ma 70 lat. Naprawdę sądzicie, że powinien ponosić konsekwencje zmian ustawodawczych, jakie były nie do przewidzenia w momencie, kiedy wybierał zawód? A ponieść znacznie łatwiejsze i bliższe czasowo konsekwencje decyzji o poddaniu się in vitro, to nie łaska?

Podam zresztą taki przykład, bo z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu istnieje silna korelacja między byciem pro-choice, a popieraniem praw zwierząt: wyobraźcie sobie, że idziecie dziś na weterynarię. A za 40 lat, w wyniku dowolnych wolt ustrojowych, zostajecie postawieni przed wyborem: zabić starego psa, zadając mu maksymalny ból (bo weszło w życie prawo pozwalające to robić na żądanie właściciela), udzielić właścicielowi psa informacji, kto to zrobi, jeśli Wy nie zrobicie, albo zmienić zawód, stracić prawo pomagania zwierzętom i na dodatek zapłacić karę o wartości połowy niedużej kawalerki. Fajnie, co? To zwłaszcza do tych wszystkich, którzy atakując profesora wycierają sobie gęby empatią.

Tutaj zauważyć należy, że klauzula sumienia jest skonstruowana dość kuriozalnie. Kto sobie wyobraża jakikolwiek spójny system moralny, który uznaje zrobienie X za skurwysyństwo i odrzuca taką możliwość, a jednocześnie dopuszcza pomoc w zrobieniu X w postaci ujawnienia informacji, gdzie da się to wykonać? W obecnym kształcie ta klauzula nie chroni niczyich sumień.

Najgorsze jest jednak to, że w ogóle istnieje takie pojęcie, jak klauzula sumienia. Tutaj właśnie ugodzona zostaje podstawa wolności, jaką jest prawo do odmowy zawarcia dowolnej umowy bez podania przyczyn. Większość wolnorynkowców powie, że wolność to swoboda zawierania umów. I tak jest w istocie, ale do tanga trzeba dwojga. Mój pro-choice polega na tym, że kobieta ma prawo poddać się aborcji, ale to nie oznacza, że ktokolwiek wskazany palcem ma obowiązek tej aborcji dokonać lub w niej pomagać! Dokładnie tak samo, jak ja mam prawo sprzedawać książki, ale to nie oznacza, że każdy kto zadeklaruje chęć kupienia jakiejś książki, musi zawrzeć umowę kupna-sprzedaży książki ze mną lub wskazać mi kogoś innego, kto ją zawrze, tylko dlatego, że przyszedłem akurat do niego! Albo jak chcę kupić pomidory: czy właściciel warzywniaka, który pomidorów nie sprowadza (bo nie chce, nie lubi, nie ma skąd, ma na nie uczulenie, cokolwiek!) ma obowiązek wskazać mi warzywniak, w którym kupię pomidory?! Mogę, oczywiście, zobowiązać się wobec właściciela sklepu, w którym sprzedaję, że będę wszystko sprzedawał każdemu chętnemu. Ale jak stwierdzę, że komuś tam czegoś nie sprzedam, bo nie, to ten ktoś nadal nie ma prawa mieć do mnie pretensji. Takie prawo ma tylko właściciel sklepu.

Tu problemem jest głównie to, że szpital jest państwowy. Każdy więc czuje się jego właścicielem. I to rodzi problemy, które pięknie podsumował Kamil Grzebyta:

Z jednej strony dr Chazan jako człowiek ma pełne prawo do tego, aby nie wykonywać zabiegu, który rażąco sprzeczny jest z jego sumieniem. Z drugiej strony podatnicy, którzy uważają, że powinien wykonać zabieg mają pełne prawo do tego, aby nie utrzymywać go ze swoich pieniędzy. Z trzeciej strony bandytyzmem moralnym jest zmuszanie podatników, którzy uważają, że zabieg jest niemoralny do finansowania go. Nie wszystkie problemy natury etycznej można rozwiązać. Wszystkie inne rozwiąże prywatyzacja służby zdrowia.

źródło

Klauzula sumienia jest szkodliwa nie dlatego, że pozwala uniknąć wykonywania aborcji. Klauzula sumienia jest szkodliwa, bo zakłada, że z odmowy zawarcia umowy trzeba się komukolwiek tłumaczyć! Co więcej, zakłada, że katalog dopuszczalnych wytłumaczeń jest zamknięty i określony z góry, podobnie jak katalog umów, których to może dotyczyć.

Efekt jest taki, że z listy polskich lekarzy prawdopodobnie zniknie profesor Bogdan Chazan, uważany za znakomitego położnika przez wiele jego pacjentek, których dzieciom pomógł przyjść na świat. Gdybym był mściwy, życzyłbym któremuś z krytykantów profesora, żeby to właśnie jego spotkała sytuacja, w której będą problemy dlatego, że zabraknie profesora, który mógłby, potrafiłby i chciałby pomóc je rozwiązać, ale nie jestem, więc życzę każdemu, żeby takich problemów nie miał. Natomiast mogą one zaistnieć. Więcej: dla każdego, kto liznął cybernetykę, jest oczywiste, że one zaistnieją. Tyle tylko, że w sposób, który uniemożliwi jednoznaczne udowodnienie, że przyczyną tego problemu była nagonka na profesora.

Sam temat aborcji został przeze mnie ledwo napoczęty i nie będę go rozwijał w tej notce. Tak, widziałem kilka zdjęć pokazujących, jakie życie uratował profesor Chazan. Wiem też, że dziś pozostaje już tylko modlić się o wieczny spoczynek dla uratowanego dziecka, które zgodnie z rokowaniami żyło dość krótko. Nie poruszam tych kwestii tutaj, bo moim zdaniem odbiegają one od meritum sprawy.

Tydzień w skrócie

Miało nie być dziś tej rubryki, ale po doniesieniach, że Janusz Korwin-Mikke spoliczkował Michała Boniego zmieniłem zdanie. Wiele osób dziś pamięta, że Korwin-Mikke to obiecał, natomiast niewielu pamięta, że mówił o tym już dość dawno. Ja tu zamierzam tylko zwrócić uwagę na jeden niuans.

Korwin-Mikke dawno temu powiedział, że da w mordę Boniemu, gdy go spotka, po czym został wybrany, spotkał Boniego i dotrzymał słowa. MSZ rozważa skierowanie sprawy do prokuratury. Być może tak się stanie, i być może nawet Janusz Korwin-Mikke zostanie skazany (choćby w zawieszeniu).

Będzie to dowód na kompletną porażkę demokracji w działaniu. Jeśli facet dostaje od ludu mandat w wyborach powszechnych, a potem spotykają go nieprzyjemności prawne za dotrzymanie jednej z obietnic, które składał przed otrzymaniem tego mandatu, to jest to dowód na to, że przepisy prawa nie nadążają za wolą ludu. Jest to, oczywiście, chwalebne co do zasady, ponieważ lud jest na ogół głupi, łatwo nim manipulować, wystarczy odpowiednio zadawać pytania (nie wierzę w jednakowe wyniki referendów, w których w jednym pytano by człowieka, czy chce płacić wyższe podatki, a w drugim, czy chce, żeby wyższe podatki płacił jego sąsiad) – ale jest jednocześnie dobitnym dowodem słabości demokracji, przynajmniej w konkretnym wydaniu, miejscu i czasie.


Nie żeby nie było innych dowodów.

Mundial

Po meczu Niemcy-Brazylia wycofuję wszystkie swoje narzekania na brak odzwierciedlenia dramaturgii i nieprzewidywalności Mistrzostw w wynikach meczów.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Zachazana klauzula”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *