Zakazać, żeby zmusić

Dobry wieczór.

Chciałem w tym tygodniu przypieprzyć się do serii antywolnorynkowych obrazków, jaka obiegła ostatnio cały Internet, ale zostałem uprzedzony. I bardzo dobrze, bo daj mi Boziu, żebym umiał pisać tak, jak tamten facet.

(Gwoli uczciwości muszę powiedzieć też, że zazdroszczę autorce obrazków umiejętności rysowniczych; jednakże jeśli ceną za nie ma być taka głupota, jaka uwidacznia się w puentach i przesłaniach tych rysunków, to podziękuję).


Skoro mnie uprzedzono, a na zaprzyjaźnionych stronach nakręca się spirala odpowiedzi, w której zresztą – zgodnie z zasadą „stop making stupid people famous” – nie mam ochoty brać udziału, dziś inny temat. Choć korci mnie pytanie, dlaczego przewaga w grze na rynku wynikająca z większych możliwości spowodowanych akumulacją kapitału jest zła, a przewaga w grze na polu wyborczym wynikająca z większych możliwości spowodowanych talentem do rysowania jest dobra (bo przecież na pewno ktoś da się przekonać tym rysunkom tylko dlatego, że zostały narysowane starannie; tak starannie, że dla mnie taka jakość rysowania jest niedostępna, choćbym nie wiem jak chciał, nie z mojej winy).

No już, już. Wiadomo przecież, że poza wyżej wymienionymi cechami autorka rysunków jest hipokrytką (a jak nie wiadomo, to szybko można się tego dowiedzieć z podlinkowanego tekstu i nakręcającej się spirali odpowiedzi), a nad niepełnosprawnymi – również umysłowo – znęcać się nie wypada.

Inny temat: Francja. Już powinno zapalić się czerwone światełko.

Słusznie. Przeforsowany kolejny pomysł ekooszołomów: dachy w nowych budynkach znajdujących się w strefach handlowych kraju muszą być częściowo, albo całkowicie pokryte roślinami lub panelami słonecznymi.

Z czysto „eko” punktu widzenia, czyli sporu między ekonomią, a ekologią, nie jest to zresztą najgorsze możliwe oszołomstwo. Wręcz zadziwiająco harmonijne, jeśli chodzi o godzenie korzyści. Oszołomstwem jest, oczywiście, obecne dziś niemal wszędzie w ogólności, a dokładnie wszędzie, jeśli chodzi o postulaty ekologów w szczególności, „muszą być”. Już mi się nawet nie chce pisać z punktu widzenia ataku na przymus.

Choć być może warto byłoby to zrobić, bo oczywiście „Gazeta Wyborcza”, Michnik jej tać, już szczuje, żeby podobne rozwiązanie wprowadzić w Polsce.


Warto więc pochylić się nad prostą obserwacją. Otóż: rośliny jak rośliny, ale jeśli chodzi o panele słoneczne, to wydawałoby się, że nie ma potrzeby nikogo do tego przymuszać. Po co? Przecież to byłoby bardzo opłacalne, energia właściwie za darmo, nie trzeba jej wytwarzać nakładem ludzkich sił i środków, jedyne koszty to wytworzenie i eksploatacja urządzeń, magazynowanie, zapewne przesył (bo budynek, dach którego będzie pokryty panelami słonecznymi, nie wykorzysta całej tej energii na własne potrzeby, nawet gdyby był zastawiony od piwnic po dach najbardziej prądożernymi koparkami Bitcoin), i tyle. Czasem trzeba byłoby zrezygnować z kawałka dachu, żeby było gdzie poustawiać anteny.

Tak by było. W normalnym kraju.

Ale Polska nie jest normalnym krajem. Tutaj człowiek nie może tak po prostu położyć sobie paneli słonecznych na dachu. Trzeba się wystarać o pozwolenie na przebudowę, a potem odsprzedawać uzyskaną energię do sieci po to, żeby ją później kupować. Z kilkudziesięcioprocentową marżą, VAT-em, akcyzą, itd. Nie, nie po to, żeby ją sprzedać dalej: nawet na własny użytek nie wolno jej pożytkować przed dokonaniem tej operacji!

Nie przytoczę Państwu linków do odnośnych aktów prawnych, bo nie mam zdrowia ich szukać. Wystarczy mi wspomnienie, co się na to powyrzekał członek mojej najbliższej rodziny, który kiedyś porwał się na takie przedsięwzięcie. Wyliczył, że zwróci mu się ono za kilkanaście lat, choć gdyby nie ten narzut, to zwróciłoby się po paru miesiącach: jeden nieduży panel, żeby wytwarzać energię na potrzeby mieszkania w szeregówce, bez żadnej odsprzedaży, żadnego magazynowania, itd.

Czyli: najpierw zakazali tego robić każdemu, kto chce, uzależniając to od masy pozwoleń, a teraz chcą to wymusić. W dodatku jest to co prawda opłacalne, ale jeśli będzie wymuszone dla nowych budynków, to podniesie koszty inwestycji na początku (w odróżnieniu od doinwestowania w panele w dowolnie wybranym czasie), co może już nie wyglądać tak różowo. A jeszcze jeśli się weźmie pod uwagę wzrost cen paneli z powodu sztucznie zawyżonego popytu…

Tak to władza „pomaga” ludziom.


Przy okazji zastanawiam się, całkiem serio: czy takie zatrzęsienie paneli słonecznych nie tworzy przypadkiem niebezpieczeństwa dla ruchu powietrznego? Wiem: żeby panel kolekcjonował energię słoneczną, powinien mieć niskie albedo i raczej światła nie odbijać, niemniej jednak stuprocentowej efektywności się nie osiągnie, a jak do tego dojdzie jeszcze efekt skali… To nie jest czepianie się, bo może nie tworzy. Pytam z ciekawości, bo nie mam pojęcia.

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *