Zakazany owoc

Dobry wieczór.

Sejm uchwalił zakaz sprzedaży śmieciowego jedzenia w szkołach.


„Kultura” tworzenia prawa jest taka, że dotarcie do tekstu jednolitego ustawy, jaka będzie zgodnie z tym postanowieniem obowiązywać od 1 września 2015 roku, przerosła moje możliwości, choć bardzo się starałem. Niemniej lepsi szukacze ode mnie dogrzebali się do wytycznych dotyczących między innymi górnego ograinczenia na procentową zawartość cukru w sprzedawanych produktach. I wyszło im, że ustawa, jako śmieciowego jedzenia, zakazuje m. in. jabłek, gruszek, bananów i winogron.

Znalazłem to nie na stronach sejmowych, bo tam, jak napisałem, nie dałem rady. Znalazłem to na wykopie i na facebooku. Ale bez problemu mogę uwierzyć w to, że nasi posłowie wyprodukowali coś takiego.

Tak, jak mogę uwierzyć w to, że tragedii (aż takiej) nie będzie, bo poprawi to Senat. Tak, jak poprawił nieszczęsną ustawę o parytetach: bo posłowie „nie zauważyli”, że ustalając minimum reprezentacji każdej płci na 35% eliminują wszystkie możliwe trzyosobowe listy.

Przeciwko ustawie zagłosował jeden poseł. Był nim, rzecz jasna, Przemysław Wipler (Kongres Nowej Prawicy).

Lepszego argumentu za powrotem do liberum veto prawdopodobnie już nie będzie. Za wstawieniem go w miejsce Hanny Gronkiewicz-Waltz (to już za dwa tygodnie z haczykiem!) też nie.

Oczywiście ten przepis, jak większość produktów polskiego (i unioeuropejskich) parlamentów, będzie obejść łatwiej niż Ryszarda Kalisza, i to nawet od strony ajenta. Przecież w zwykłym chlebie też są cukry, prawda? Ale gotowy produkt jest jakąś tam ich mieszaniną, która powoduje, że jako całość ma dopuszczalny skład, mimo że może się w środku trafić grudka, która w pojedynkę nie powinna trafić do sprzedaży.


Więc skoro można chleb, to można i inną mieszaninę. Na przykład Snickersa i cztery paczki wafli ryżowych. Najważniejsze, żeby sprzedawać to jako jeden produkt, a wtedy będzie można i sprzedawać, i reklamować, i prezentować.

Każdy ajent może, na własne ryzyko, rzecz jasna, korzystać z tego pomysłu bez żadnych tantiem (acz nie obrażę się), bo podaję ten pomysł zupełnie pro bono. Dla dobra Wolnego Rynku, naturalnie.

Oczywiście od strony ucznia obejście jest jeszcze łatwiejsze.

I to właściwie stanowi o jakości tego przepisu, bo tego nie zlikwidują żadne poprawki senackie. Taką mamy jakość polskiego prawodawstwa.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Ewa Kopacz mówi, że trzeba kwestię żywności w szkołach uregulować, bo szkoła w dużej mierze kształtuje nawyki żywieniowe. To jest prawdziwa tragedia: że mamy Premiera, który nie uważa, że to, że szkoła kształtuje jakiś nawyk, powinno być argumentem za deregulacją danej kwestii, przynajmniej w szkołach.

Na pocieszenie można tylko dodać, że uczniowie lubią jeść czipsy i pić colę, a w dobie Internetu nie będzie się dało ukryć przed nimi informacji, kto odpowiada za to, że mają z tym większe trudności. Są też w wieku, w którym umysł jest najbardziej chłonny.


Jest więc nadzieja, że gdy osiągną wiek wyborczy, nadal będą pamiętać.

Czego obecnie rządzącym jak najszczerzej życzę.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *