Związki homogenizowane

Dobry wieczór.

Jak wiadomo, jak już Lewica się za coś weźmie na serio, to i śmieszno, i straszno. Tym razem jest o tyle nietypowo, że udało im się coś dużego, a mimo to jest bardziej śmieszno niż straszno.


Mowa oczywiście o zalegalizowaniu małżeństw jednopłciowych w Stanach Zjednoczonych. Sąd Najwyższy, stosunkiem głosów 5:4, zdecydował, że małżeństwa jednopłciowe są legalne we wszystkich stanach. Rzygam już tęczowymi zdjęciami profilowymi znajomych na facebooku, przy czym nie chodzi tu o ideologię, tylko o czystą estetykę: no ileż można mieć przed oczami obrazków w tych oczojebnych kolorach upośledzonej (bo pozbawionej indygo) tęczy? Na facebooku spędzam kilka godzin dziennie, naprawdę ktoś wytrzymałby tyle wgapiania się w rozsypane wielkie pudło Skittles?!

Nie będę pisał, dlaczego to nie jest krok w stronę Wolności ani dlaczego libertarianie nie mają się z czego cieszyć, bo inni świetnie zrobili to za mnie. Napiszę o czymś innym, ale zanim to zrobię, uwaga trochę innej natury. A nawet dwie.

Pierwsza dość banalna. Otóż ilekroć jakiś kandydat w głosowaniu pokonuje innego kandydata niedużą różnicą, choćby tak, jak Andrzej Duda Bronisława Komorowskiego, pojawiają się głosy, że ten kandydat wygrał o włos, ma mandat od raptem połowy głosujących, w związku z czym nie może czuć się reprezentantem całego narodu. Tutaj głosów takich nie ma, choć rozstrzygnięcie zapadło różnicą jednego głosu. To prawda, że w procentach wyszło 55,(5)% na korzyść zwycięskiego rozwiązania (więcej niż miał Duda), ale nadal jest to minimalne możliwe zwycięstwo.

Druga natomiast już istotna. Otóż amerykańska kultura prawna znacznie różni się od europejskiej. Niuansów z tym związanych nie rozumie większość Europejczyków (zapewne większość Amerykanów też nie, ponieważ są one dość subtelne, zupełnie niepasujące do topornego interpretowania Prawa w sposób przyswajalny dla gawiedzi; zapewne to efekt tego, że Europa jest na wskroś demokratyczna, w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, które wbrew wszelkim pozorom są państwem republikańskim).

W szczególności werdykt Sądu Najwyższego nie oznacza, wbrew wyobrażeniom statystycznego Europejczyka, że jest to sytuacja analogiczna do tej, jak gdyby któreś europejskie państwo zalegalizowało małżeństwa jednopłciowe na całym swoim terenie. Nie jest to też analogia legalizacji związków partnerskich na terenie całej Unii Europejskiej.

Jeśli ktoś chce sobie to zilustrować, to powinien sobie wyobrazić Unię Europejską, wewnątrz której państwa mają znacznie mniej ujednolicone prawo, za to Unia jako całość ma armię i prowadzi jednolitą politykę zagraniczną, w której nie ma miejsca na różniące się stanowiska prezydentów czy premierów Polski i, dajmy na to, Francji, jeśli chodzi o sytuację na Ukrainie. Dodatkowo w Unii funkcjonuje zasada, że lokalne prawo państwowe ma pierwszeństwo przed unijnym, ale jednocześnie funkcjonuje tam coś na kształt naszego Trybunału Konstytucyjnego, który w szczególnych przypadkach może orzec, że dla konkretnego przepisu aplikuje się odwrotną hierarchię: że prawo unijne ma pierwszeństwo przed krajowym.

A ta analogia jest jeszcze obarczona amerykańskim słowem „legal”, nieco semantycznie odbiegającym od polskiego i europejskiego słowa „legalny”. Dość powiedzieć, że gdyby (marzenie ściętej głowy) Komisja Europejska orzekła, że kara śmierci za morderstwo jest legalna w każdym państwie członkowskim, to za parę lat sypałyby się kary na państwa, które pryncypialnie nie orzekają tej kary w praktyce, nawet jeśli mają ją w swoich kodeksach karnych. W Stanach Zjednoczonych coś takiego byłoby nie do pomyślenia.

I mniej więcej (nadal tylko „mniej więcej”) podobna zasada aplikuje się do legalności małżeństw jednopłciowych, stąd reakcje niektórych Południowców, proponujących różne metody „obejścia” nowego prawa, wcale nie są tak bezprawne, jak z europejskiej perspektywy mogłoby się wydawać.


A teraz do meritum samego problemu. Środowiska LGBT napotykają na opór, ponieważ nie są w stanie sensownie sformułować swoich postulatów. Ich postulaty mają charakter kolektywistyczny, tymczasem aktywistom się wydaje, że walczą o wolność jednostek. Stąd formułują żądania z punktu widzenia jednostki, a z tego punktu widzenia ich żądania brzmią absurdalnie.

Na przykład żądanie zaprzestania dyskryminacji. Nie ma żadnej dyskryminacji! Żadna jednostka nie jest w stanie wskazać cechy, ze względu na którą jest dyskryminowana, jeśli chodzi o małżeństwa jednopłciowe. Zwykle pada tutaj „orientacja seksualna” – nonsens! Jeśli gej postanowi ożenić się z lesbijką, a ona z nim, to żaden paragraf polskiego (ani żadnego w ramach Unii Europejskiej) prawa nie zakaże im wejścia w ten związek, chyba że wystąpią powody, które zdyskwalifikowałyby również heteroseksualistów: zbyt młody wiek, pozostawanie we wcześniejszym związku małżeńskim, itd. Widać więc jasno, że kryterium nie jest orientacja seksualna, a środowiska LGBT nie potrafią żadnego innego kryterium podać i nazwać. Osiągają tylko tyle, że bez przerwy gardłując o orientacji seksualnej wyrabiają w słuchaczach z zewnątrz poczucie, że chcą sprowadzić małżeństwo wyłącznie do sfery seksualnego dopasowania w łóżku – a potem dziwią się protestom ze strony tych, dla których małżeństwo to coś znacznie więcej.

Oczywiście protesty na tym poziomie są miałkie. Wynikają wyłącznie z tego, że ludziom nie mieści się w głowie najprostsze rozwiązanie: w ogóle zlikwidować „małżeństwo” jako pojęcie prawne. Zostawmy małżeństwa kościołom, związkom wyznaniowym, a nawet ateistycznym towarzystwom wzajemnej adoracji, i tyle.

No tak, tylko małżeństwo daje pewne przywileje. Cóż, wszystko, co daje małżeństwo, powinno być osiągalne w inny prosty sposób albo wcale. Kwestia dziedziczenia czy prawa do decydowania o procedurach medycznych w sytuacji braku świadomości drugiej osoby powinna pozostawać kwestią umowy, a państwa powinny zredukować biurokrację tak, żeby nie było to aż tak upiornie kosztowne, czasochłonne i uciążliwe, jak dzisiaj. Zresztą skąd przeświadczenie, że dwie osoby chcą prawo decyzji w kwestiach medycznych rozwiązać symetrycznie?

Jeśli chodzi o kwestie podatkowe, to należy zlikwidować wszystkie podatki, które w ogóle matematycznie umożliwiają to, że wysokość daniny zależy od tego, czy dwie osoby rozliczają się osobno czy razem.


Pozostaje kwestia prawa do odmowy zeznań w sądzie. Cóż, to raczej problem judykatury, nie legislatury. Jeśli odmówię zeznań twierdząc, że narażałoby to mnie lub osobę najbliższą na odpowiedzialność karną, to ustawodawca nie przewiduje żadnej procedury weryfikacji tego stwierdzenia, zdając się na sędziego, który może podjąć kroki, jakie uzna za stosowne, żeby zbadać, czy to prawda. Nie widzę powodu, żeby nie stosować podobnej procedury w przypadku odmowy zeznań przeciwko osobie najbliższej. Sędzia zezwoli na to w przypadku konkubinatu z ćwierćwiecznym stażem, nie zezwoli w przypadku małżeństwa papierowego, które pozostaje w faktycznej, a nieformalnej separacji od lat, i będzie to zdrowy rozsądek, którego nie da się zapisać w żadnej ustawie, bo po prostu nie da się z góry przewidzieć wszystkich przypadków, a tym bardziej opakować ich w ustawowe normy.

A co z ulgami i innymi przywilejami? Cóż, tutaj należałoby się zastanowić, co jest podstawą ich przyznania. Nie, nie „bycie w związku małżeńskim”, tylko: „dlaczego małżeństwa mają mieć takie przywileje?”. Większość tego typu przywilejów to relikt z czasów, kiedy małżeństwo było wstępem do płodzenia wielu dzieci, co uważało się za działanie na korzyść całego społeczeństwa. Jako libertarianin jestem przeciwny wynagradzaniu tego typu korzyści, jak i tworzeniu prawa, które powoduje, że dziecko siłą rzeczy przynosi korzyść wszystkim (np. poprzez opodatkowywanie jego pracy). Ale nawet jako konserwatysta powiem: to anachronizm, bo dzisiaj, z powodu postępu obyczajowego, korelacja małżeństw z potomstwem znacznie osłabła. Jeśli już, to można przyznawać ulgi za posiadanie i wychowywanie dzieci, do czego doprawdy legalizowanie homozwiązków jest niepotrzebne.

Pojawiają się też pytania, jakim cudem to jest „równość”, skoro nadal nie legalizuje się nekrofilii (nawet w razie zgody zmarłego na takie praktyki wyrażonej za życia), współżycia ze zwierzętami czy wielożeństwa.

Na marginesie: w swoim własnym interesie gejowscy aktywiści powinni przyłączyć się do kampanii na rzecz wielożeństwa, a porzucić własne. Raz, że zyskaliby dodatkowych sojuszników. Dwa, że byłoby to łatwiej przepchnąć, ponieważ związki poliandryczne, a tym bardziej poligamiczne, są bardziej zakorzenione w tradycji światowej i wywodzą się z większej liczby niezależnych cywilizacji, które traktowały je jak coś pozytywnego lub w najgorszym razie neutralnego. A trzecim powodem jest prosta matematyka i zasada szufladkowa Dirichleta: jak się ma związek trzy- lub więcejosobowy, to muszą w nim być osoby tej samej płci.

A jak już geje to przepchną, to nawet średniej jakości prawnik bez problemu wysmaży związek Kowalskiego z Nowakiem i z Malinowską, po czym rozwiedzie ten związek z Malinowską. I temu nie będą przeszkadzać libertarianie ani nawet konserwatywni liberałowie: tak długo, jak długo nie będzie groził proces żadnemu cukiernikowi tylko dlatego, że odmówi nazwania takiego związku „małżeństwem” i przyjęcia odeń zlecenia na wykonanie tortu weselnego. Skoro walczycie o Wolność, to jej nie zabierajcie!

Śmieszne jest przy tym to, że ci, którym podoba się wyrok Sądu Najwyższego, epatują tym wszem wobec (wspomniałem o oczojebnych tęczowych profilówkach?), ale zarazem jak trafią na przeciwnika, to pytają, co ma przeciwko, skoro to USA i Polski to nie dotyczy? A prawda jest taka, że dotyczy z tych samych powodów, dla których ktoś, kto się ze mną nie zgadza, uważa mnie za nieszkodliwego wariata, ale widziałby poważny problem społeczny, gdyby identyczny wpis popełnił papież. Po prostu: Kapitan Ameryka ma wpływ na cały świat, rządy całego świata, wprowadzając takie czy inne rozwiązanie, wzorują się między innymi na USA, choćby na zasadzie pretekstu. A już zawsze muszą się liczyć z tym, że jeśli zrobią krok w przeciwną stronę, to ktoś to głośno wytknie jako wsteczniactwo, bo przecież idzie się wbrew kierunkowi wytyczonemu przez postępowe, światowe supermocarstwo.

Rację więc mają zwolennicy decyzji Sądu Najwyższego, ciesząc się z niej. Ale jednocześnie wykazują głęboką hipokryzję, próbując zbijać swoich przeciwników (którzy też, na marginesie, mają rację, z tego samego powodu!) akurat argumentem, że „nas to nie dotyczy”.

Trochę w temacie, a trochę w cieniu tej sprawy tragiczna wiadomość: czternastolatek z Polski powiesił się, bo nie mógł znieść tego, że inni nazywali go „pedziem”. Zdarza się. Natomiast niezrozumiałe jest winienie za tę śmierć tych, którzy go przezywali. Werbalne przepychanki, jeśli nie zawierają groźby, można potraktować najwyżej jak prowokowanie do działania. Ostatecznie sznurówki denat zadzierzgnął sobie na szyi sam. Zrzucanie winy na prowokatora zamiast na tego, kto podejmuje działania, ostatnio słyszałem przy okazji rozmów o gwałcie. I ci, którzy dziś winią kolegów zmarłego, przy gwałcie bynajmniej nie stają w roli oskarżycieli prowokatorów. Nie stają też w roli adwokatów, jeśli ktoś odbierze sobie życie nie dlatego, że jest nazywany „pedziem”, tylko dlatego, że nie może znieść szykan i skali ucisku ze strony fiskusa. Może to mniejsza hipokryzja niż poprzedni przypadek, ale za to na tragiczniejszym przykładzie.

Zresztą jeśli przyjmiemy, że to ci, którzy przezywali, są winni, to co dalej? Za paręnaście lat jakiś nastoletni tłuścioch się powiesi, bo jego kruchuteńka psychika nie zniesie faktu, że normalnie zbudowani rówieśnicy epatują przed nim swoimi warunkami fizycznymi, chodząc latem w krótkich spodenkach i krótkim rękawie? I co, będzie nagonka, że tylko brzydale niepasujący do kanonu piękna (który zawsze jest wyznaczany przez to, co w danych czasach uznaje się za zdrowe, przy czym pisząc „uznaje się” mam na myśli odczucia zwykłych ludzi, a nie nadęte elaboraty mędrków z WHO) mogą publicznie pokazywać swoje ciało? W takim świecie nie dość, że nie da się żyć, to jeszcze tworzy się warunki, w których nie chce się żyć przede wszystkim najwartościowszym z punktu widzenia całej ludzkości osobnikom!

Przesadzam? A kto 50 lat temu pomyślałby, że jak powiem do kogoś „pedziu” i ten ktoś się powiesi, to winę zwali się na mnie?

Dlatego trzeba powiedzieć twardo: jak ktoś ma aż tak kruchą psychikę, że z powodu zwykłych epitetów, bo nawet nie gróźb, skierowanych do niego odbiera sobie życie, to trudno. Jego problem. I lepiej dla nas wszystkich, żeby zabrakło jego niż żeby tysiące ludzi żyło pod presją ograniczenia, żeby żadnego psychicznego chuchra nie urazić. Bo potrzeba ludzi, którzy mówią to, co myślą.

I tak, mimo że sam jestem ojcem i niemal świata poza moją córeczką nie widzę, bez większego problemu emocjonalnego powtórzyłbym to, co teraz mówię, rodzicom tego samobójcy prosto w oczy. Przy okazji zresztą poważnie się zastanawiając, czy nie rzucić im w twarz oskarżenia, że sami wychowali dziecko na trzęsącą się na wietrze osikę.

Współczuję im tak samo, jak współczułbym im, gdyby ten dzieciak wyskoczył na jezdnię i zginął pod kołami karetki na sygnale. Przykro mi, że Was to spotkało, ale nie będę winił kierowcy karetki, nie będę delegalizował karetek, a gdybym mógł cofnąć czas, nie zmieniłbym nic poza próbą zmiany zachowania samego zabitego. Bo tylko jego zachowanie jest tutaj do korekty (znaczy: teraz już nie).


{GM_Krzychu} ma oczywiście rację w komentarzu do poprzedniej notki: pomyliłem aktorów grających w „Czasie zabijania”. Oglądałem film mocno „po łebkach” znając treść, zresztą bardzo niedługo po lekturze książki, a zarazem niedługo po jakimś filmie (tytułu nie pomnę) z genialną grą Jacka Nicholsona w roli generała i Toma Cruise’a właśnie w roli adwokata szeregowców. Stąd pewnie nałożyło mi się jedno na drugie. To mnie nie usprawiedliwia, ale wyjaśnia genezę pomyłki.

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

2 myśli nt. „Związki homogenizowane”

  1. Oj, jak mi się to dobrze czytało! Podrzucę paru znajomym i jeśli będą reakcje, dam znać 🙂

    Zastanawiał mnie zawsze wysuwany przez znajomych popierających postulaty LGBT argument mówiący o tym, że związki partnerskie należy zalegalizować, bo to idąca z duchem czasu zmiana, która – uwag a- przysłuży się też parom heteroseksualnym! Wszakże (cytuję) wiele par nie chce zawierać małżeństwa, więc taki związek byłby dobrym rozwiązaniem. Nie dowiedziałem się jednak nigdy – rozwiązaniem czego? Co u diabła przeszkadza tym „wielu parom” zawrzeć związek małżeński?

    PS Ludzie honoru (A Few Good Men) 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *